Pięć kilo mniej nie da szczęścia

Joanna Kurowska nie załamuje się z powodu kilku kilogramów i nie martwi uwagami typu: „Joaśka, coś ostatnio przytyłaś”.

Pięć kilo mniej nie da szczęściaSama decyduję, że czas przejść na dietę, ale jestem wówczas bardzo rygorystyczna. Nie umiem robić czegokolwiek na pół gwizdka. Kiedy mam fazę na szybkie odchudzanie, ćwiczę non stop. Gdy decyduję się nie jeść mięsa, upewniam się, czy w restauracji dostaję wszystko na warzywach. Tak samo jest ze sportem.

Kiedy zapisałam się na siłownię, byłam najbardziej zdyscyplinowaną z ćwiczących. Szybko mi jednak odeszło. Okazało się, że nie jestem w stanie ćwiczyć tak często i intensywnie, jak bym chciała. Przerzuciłam się na nordic walking i przez pięć ostatnich lat chodziłam po dwie godziny dziennie. Nieważne – zima czy lato, upał czy śnieg. Brałam kijki i szłam do lasu, który w moim domu w Pilawie mam za furtką.

Nie umiem relaksować się w bezruchu. Odpoczywałam w marszu. To był czas na przemyślenia i mantry, moje rozliczenia z Bogiem. Nogi miałam nabite jak gladiator, a że na początku przygody z nordic walking zatrudniłam trenera, który nauczył mnie maszerować prawidłowo, długo unikałam kontuzji. Ale stało się! Pół roku temu nabawiłam się ostrogi piętowej. Cały czas leczę zapalenie przywięzi, a o marszach nie ma już mowy. Żeby nie siedzieć bezczynnie, zaczęłam ćwiczyć callanetics. Znów z trenerem, który nauczył mnie prawidłowo wykonywać ćwiczenia.

reklama

Korzystam z porad profesjonalistów, bo treningu nie da się nauczyć z książek – można sobie najwyżej zrobić krzywdę, a po drugie – że należy dać komuś zarobić. Dlatego rozpoczynając dietę zgłaszam się do dietetyczki, a w gabinecie kosmetycznym korzystam z dobrodziejstw medycyny XXI wieku. Raz na jakiś czas chodzę na kompleksowe zabiegi – na ciało i na twarz. Wyciągam się wtedy na leżance i oddaję się w ręce masażystów, mani- i pedicurzystek, kosmetyczek. Nie stać mnie na pomyłki i stratę czasu, dlatego ciału funduję opiekę profesjonalną.

Kiedy patrzę na nasze celebrytki, wstępuje we mnie duch przekory. Ostatnio byłam gościem jednej z uroczystości salonowych, których zazwyczaj unikam jak ognia. Celebrytki – wychudzone na śmierć i wściekłe jak osy, chyba z głodu – ostentacyjnie nakładały dwie mikrobabeczki, które miały im wystarczyć na cały dzień. Dla nich te pięć kilo stanowi o szczęściu i sensie życia. Ale co, jak po zgubieniu tych kilogramów wcale nie będziemy szczęśliwsze? Od razu więc nałożyłam sobie cały talerz. I postanowiłam, że na jednym się nie skończy.

Mama od dziecka wmawiała mi, że jestem śliczna. Niestety w domu był podział: ja byłam ta ładna, a moja siostra – ta mądra. W dorosłe życie weszłam więc z przekonaniem, że jestem prześliczna, ale może nie najmądrzejsza. W pewnym momencie zrozumiałam, że może nie jestem znowu aż tak ładna, ale też wcale nie taka głupia. Bez miłości i akceptacji  nie potrafiłabym żyć.
Dlatego staram się je dawać w nadmiarze mojej 11-letniej córce. Chyba mi się to udaje, bo to dziecko budzi się ze śpiewem na ustach, szczęśliwe. Nie wiem, jak potoczy się jej życie, ale jestem pewna, że na starcie dostanie tyle miłości, ile będzie w stanie wziąć. I pewność, że jest najpiękniejsza i najukochańsza na świecie. A to ogromny kapitał na życie, niepozwalający się zagubić.

Mam dni, kiedy z przestrachem patrzę w lustro. Jak każda kobieta. Pytam siebie ze zgrozą: „Czy to naprawdę ja?”. Ale też odkryłam, że lubię siebie w lustrze, kiedy zrobiłam coś ładnego, czuję się w porządku wobec siebie i świata. Moja uroda rozkwita też w atmosferze miłości i akceptacji. Mój mąż kocha mnie bez względu na to, czy ważę pięć kilo więcej, czy mniej, czy jestem świeżo od fryzjera, czy z odrostem.


Karolina Kowalska
fot. Akpa  

Źródło: Wróżka nr 7/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl