Dom

Mój dom jest moją twierdzą – mówią Anglicy i niechętnie podejmują gości. My traktujemy dom jako świątynię i zgodnie z zasadą „gość w dom, Bóg w dom” otwieramy drzwi. Nawet przed duchami.

Język symboli - domWedług feng shui dom powinien pozostawać w harmonii z naturalnymi siłami przyrody (feng – wiatr, shui – woda). W praktyce oznacza to budynek w otoczeniu drzew, na przestronnej działce z widokiem na morze, jezioro lub rozlewisko. Dokładnie taki, jaki zazwyczaj jest obiektem naszych marzeń. Nasi przodkowie, choć nie mieli pojęcia o dalekowschodnich naukach, budowali podobnie. Domostwa stawiali na słonecznych polanach niedaleko rzek lub jezior. Zwracali uwagę, by w okolicy rosły strzeliste proste drzewa, a okna wychodziły na wschód – by mogli obserwować, jak rodzi się nowy dzień.

Dobra lokalizacja stanowiła jedynie połowę sukcesu. Resztę zapewniały rytuały towarzyszące budowie. Na Słowiańszczyźnie wokół placu budowy orano głęboką bruzdę, która miała za zadanie odpędzić złe duchy. Najlepiej było zrobić to po północy, a do radła zaprząc nagie dziewice. Ale nawet ich czystość nie pomagała, gdy ktoś chciał ulokować domostwo w lesie, na pustkowiu albo – nie daj Bóg – na rozdrożu. Miejsca te opanowały nieczyste moce, zwłaszcza nimfy, a także kapryśne południce i wiły – demony zmarłych dziewczyn, przyprawiające śmiertelników o obłęd.

Unikano też dawnych cmentarzy i miejsc, gdzie doszło do morderstwa, samobójstwa, napadu albo pożaru. Pod każdą szerokością geograficzną wierzono bowiem w to, że towarzysząca dawnym wypadkom zła energia mogłaby się przenieść na nowych właścicieli. Do dziś amerykańskie prawodawstwo nakłada na pośredników handlu nieruchomościami obowiązek informowania nabywców o historii domu. Lękano się jednak tylko krwi przelanej w przeszłości. Rozpoczynając budowę, składano bowiem ofiary zakładzinowe. Pierwotnie, nawet w Europie, były to krwawe ofiary z ludzi albo ze zwierząt. Z czasem w rogach budynków pod fundamenty zaczęto wkładać: amulety, płytki z zaklęciami ochronnymi, krzyże, podkowy, wianki święcone na św. Jana, Biblię (na Ukrainie) albo chleb (na całej Słowiańszczyźnie). Były one pierwowzorami dzisiejszych kamieni węgielnych z imionami fundatorów.

reklama

Prace budowlane najchętniej zaczynano w środę lub sobotę, w te same dni też najczęściej wprowadzano się do nowego domu. Towarzyszyły temu kolejne ofiary. Polscy Żydzi zabijali koguta, z kolei w islamie zwierzęciem ofiarnym był baran. Oczyszczano też budynek ze złych mocy, zamykając w nim na noc królika lub kury. Ufano, że duchy zamiast niepokoić mieszkańców, zadowolą się opętaniem zwierzęcia. Bardziej humanitarnym sposobem na odczynienie nowego domostwa było wniesienie doń miotły, mającej wymieść całe zło, albo wysypanie na podłogę soli, pozostawienie na kilka dni i wymiecenie. Z czasem rolę ofiarną przejęły symbole religijne, np. święty obrazek (ikona) albo krzyż, którym do niedawna po wejściu do chaty kłaniano się albo nawet – jak w filmie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” – całowano.

Przez wieki najważniejszym sprzętem w domu nie był telewizor, ale stół i podczas zasiedlania to właśnie ten mebel wnoszono jako pierwszy. Wszystko dlatego, że traktowano go jako symbol ołtarza, a dom – jako rodzaj rodzinnej świątyni. Celebrowano tu – i nadal się celebruje – wiele rytuałów, choćby uroczyste uczty w Wigilię Bożego Narodzenia czy w Niedzielę Wielkanocną, a nawet niedzielny obiad. Znamiona obrzędu nosiło też obchodzenie domu dookoła w Nowy Rok, Wielkanoc, wigilię św. Jana, a także w chwilach zagrożenia, jak burza, pożar czy choroba. Był to rodzaj procesji wokół domu-świątyni, by symbolicznie umocnić jego granice. Podobną funkcję pełniło ustawienie w oknie świecy lub świętego obrazu, które podczas burzy miały chronić domostwo przed piorunem.

Do dziś „świątynny” charakter domostwa widoczny jest w zwyczajach ściągania przez mężczyzn czapek przy przekraczaniu progu i zdejmowania butów. Ten drugi podyktowany jest nie tylko dbałością o czystość – to tradycyjny bliskowschodni gest szacunku dla szczególnego miejsca. Z tych samych powodów Mojżesz zzuł sandały, zanim podszedł do krzewu gorejącego, a mahometanin boso wchodzi do meczetu.

„Najuboższy człowiek w swej chałupie stawia czoło całej potędze Korony”, krzyczał w swoim przemówieniu w Izbie Lordów William Pitt (1766). „Może to być waląca się lepianka, do której przecieka deszcz i wdziera się wiatr; ale król Anglii wejść doń nie może!”. Zresztą nie tylko on. Do zamkniętego na cztery spusty domu nie dostaną się żadne nieczyste moce. Oczywiście, o ile – tak jak to miało miejsce z Chochołem w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego – nie zostaną na głos zaproszone. Jak od każdej reguły, również od tej zasady zdarzają się wyjątki. Pierwszym jest… komin. To coś w rodzaju „domowej” osi wszechświata.

Z jednej strony łączy dom z niebem – przez komin bowiem ulatuje z ciała dusza zmarłego, bocian wrzuca niemowlęta, a Święty Mikołaj podarki. Z drugiej zaś – jeśli wygaśnie płomień domowego ogniska, może stać się autostradą wprost do piekła. Dlatego też w ludowych legendach i horrorach piwnice i schowki pod schodami opuszczonych siedzib stają się groźnymi dla człowieka przestrzeniami, zamieszkanymi przez pokutujące dusze i potwory pokroju „Koszmaru z ulicy Wiązów”, czyli Freddy’ego Krügera. Drugi wyjątek to okres świąt Bożego Narodzenia, czyli słowiańskich Godów.

Wtedy to do domu powracają duchy zmarłych, czyli zbłąkani wędrowcy, dla których na wigilijnym stole stawiamy puste nakrycie. Napojenie spragnionych i nakarmienie głodnych na Słowiańszczyźnie jest bowiem obowiązkiem. W dodatku, jak pokazuje legenda o Piaście Kołodzieju, którego tajemniczy goście okazali się aniołami, bywa sowicie wynagradzana. Czego i państwu życzę…


Zuzanna Grębecka
fot.: shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 12/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020