Młodość to stan umysłu

Majka Jeżowska śpiewa dla dzieci i wciąż ma w sobie sporo z dziewczynki. Czyli to, co w młodości najważniejsze: pogodę ducha, ciekawość świata i radość.

Maja JeżowskaUważam się za wybrańca losu. Robię to, co kocham i potrafię, to, czego oczekują ode mnie inni, ale jednocześnie mnie samej daje to przyjemność i satysfakcję. Piosenkę „A ja wolę moją mamę” nagrałam dla syna, nie dla kariery. Tymczasem zrobił się z tego przebój, za tym utworem poszły kolejne, potem płyta, musical – i dostałam etykietkę „tej, co śpiewa tylko dla dzieci”. Ma to słabe strony – mediów nie interesuje dziś twórczość „familijna”. Ale jestem przyjacielem dzieci!

To one przyznały mi Order Uśmiechu, dwa przedszkola w Jaworznie i Zabrzu noszą moje imię, w Radomiu od siedmiu lat odbywa się festiwal moich piosenek „Rytm i Melodia”, nawet Polska Szkoła w Exeter w Wielkiej Brytanii nosi imię Majki Jeżowskiej! Działam na rzecz walki z nowotworami u dzieci w Fundacji Ronalda McDonalda.

Prowadzę własną firmę fonograficzną Ja-Majka Music, gdzie produkuję swoje płyty – mam Platynową Płytę i kilka Złotych. Nie jestem od nikogo zależna, zawsze mam pracę i… ciągle jestem młoda! Pytanie tylko, czy śpiewam dla dzieci, bo jestem młoda duchem, czy jestem młoda duchem, bo mam młodą publiczność? Myślę, że to naczynia połączone. Na pewno mam w sobie sporo z dziewczynki, inaczej dzieci by mnie nie zaakceptowały.

reklama

Czasem zastanawiam się, jak długo jeszcze będę skakać po scenie w tiulowych halkach. Ale jestem pewna, że życie rozwiąże za mnie ten problem. Tak jak 12 lat temu. Wtedy chciałam odejść. Ważyłam 10 kilo więcej niż dziś, byłam wiecznie zmęczona – nie wiedziałam, że mam chorą tarczycę – nie podobałam się sobie, czułam się jak „dzidzia-piernik”. Ale przyszła propozycja. Rola filmowa. „Tylko ten film i koniec” – pomyślałam.

Kręciliśmy „Karolcię”, miałam być ciotką Agatą, czyli… sobą. Zwariowaną, śpiewającą i tańczącą ciotką w różowych sukniach. Nagrałam piosenki, wystąpiłam obok samej Faye Dunaway… ale filmu nie ukończono. Zostały fajne piosenki, więc zrobiłam nowe teledyski i powstała kolejna płyta. Teraz gram ponad 100 koncertów rocznie i nie mam konkurencji w „familijnej specjalizacji”.

Kluczem do młodości jest wnętrze. A to, co na twarzy? Kiedy widzę, jak grawitacja postępuje, umawiam się na masaż. Albo do gabinetu medycyny estetycznej na zabieg z falami radiowymi, które pobudzają produkcję kolagenu i napinają skórę. Robię też czasem mezoterapię szyi, zabieg laserowy na twarz. Skoro takie metody naprawdę działają, to trzeba z nich korzystać, żeby samej ze sobą czuć się dobrze. Przynajmniej dwa razy w tygodniu biegnę na aerobik, na siłownię. Dbam o kondycję. Z czasem można wygrać – do pewnego stopnia i momentu, oczywiście.

Czasami patrzę w lustro i myślę: „Powinnam mieć mniejszy nos!”. 30 lat temu miałam go sobie zoperować i… stchórzyłam. Na co dzień to mi nie przeszkadza, ale kiedy oglądam swoje zdjęcia z sesji, widzę wyłącznie nos! Na szczęście jest Photoshop – to przyjaciel kobiet…

To, jak wyglądamy, jest odbiciem tego, co się dzieje w środku. Są piękne kobiety, które nie przyciągają mężczyzn, bo jest w nich smutek. I odwrotnie – mniej piękne, ale mające powodzenie, bo widać w nich radość życia! Ja optymistką jestem i nie jestem. Bo mój znak zodiaku to Bliźnięta. Dwoistość natury. W jednej chwili potrafię złapać doła, w drugiej – tryskać energią i humorem. Na naszych twarzach zapisane jest  poczucie bezpieczeństwa, miłość, spełnienie zawodowe. Ale najważniejsze, żeby patrząc w lustro móc sobie powiedzieć: „Jestem dobrym człowiekiem, nikogo nie skrzywdziłam, jestem w porządku!”. Ja mogę to zrobić.


Joanna Derda
fot. Forum
 

Źródło: Wróżka nr 3/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020