Kobieta do noszenia

Marzec jest nieobliczalny. Nigdy nie wiadomo, co będzie – śnieżyca czy halny. Ludzie się przeziębiają, ludziom odbija, ludzie się kocą i filcują. Mnie spotkało coś innego. Otóż, wieczorem zasnęłam jako zwyczajna ja, a ocknęłam jako pół kobieta, pół ryba.

Kobieta do noszeniaO świtaniu odkrył tę metamorfozę mąż. Przekonany, że zabłądził na bezdrożach snu, uwierzył dopiero po próbach organoleptycznych. Kiedyś cieplutka, znajoma, teraz pachniałam mu mułem i smakowałam jak paprykarz szczeciński… A gdy jeszcze sobie pomacał po ogonie oraz bujnych lokach, to wreszcie zrozumiał.

– Halo, kochanie! – szarpnął za wątłe, spadziste ramionko (gdzieś znikły moje wysportowane barki), spowite w batystową koszulkę, która wyrosła mi wraz z dorodnymi piersiami. – Obudź się! Zostałaś syreną!!!

Po czym załkał, gdyż od razu miał wizję pożycia z damą od góry uzbrojoną w tęgi miecz, rybowatą zaś w partiach strategicznych. Wizję pożycia głównie w wannie, w chłodnej wodzie, poniekąd ograniczonego do tarła. (Od razu było też wiadomo, kto będzie siedział na korku!). I zrobiło mu się smutno.

Ja tymczasem nie rozumiałam, co właściwie zaszło, ale całym jestestwem odczuwałam swą słodką przemianę! Na wskroś przenikał mnie śpiew, sopranowy, organowy, pod niebiosa. Mury osiedla zadrżały więc od „Króla olch” Goethego, do muzyki Schuberta. Ale później zrobiło się nieprzyjemnie, gdyż poślizgnęłam się podczas wstawania z łóżka.

reklama

Niestety, nie miałam jeszcze opanowanej mechaniki wdzięcznego pląsania na płetwie, a nie byłam moralnie przygotowana na podpieranie się mieczem. No i zdarłam sobie aż trzy łuski na linii bocznej (typowym dla ryb narządzie do rozpoznawania subtelnych zmian ciśnienia w środowisku). Ach, jaki to był ból! Ale jak wspaniałe zarazem odkrycie, że w ogóle mam tę linię boczną! Że wreszcie umiem wykrywać wszelakie finezyjne wpływy i odpływy. I że mam wreszcie szansę zrobić karierę!

Przeraźliwe tremolo na cztery i pół oktawy ogłuszyło męża chyba nawet bardziej niż odkrycie, że już nie mam na czym usiąść. Jego spojrzenie mówiło, że hałaśliwe syrenki lubił wyłącznie w dzieciństwie, a obecnie, jeśli o czymś marzy, to o świętym spokoju. Z nieukrywanym wstrętem patrzył też na zielonkawą krew, która kapała spod okaleczonych łusek… Pierwsza moja konstatacja w nowej skórze była więc smutna: nawet pół kobieta jest całkiem samotna w życiu.

Dlatego obiecałam sobie, że się nie ugnę. Będę się samorealizować, bez względu na koszta własne. A miały być wysokie. Tragiczna germańska ballada, jak przystało na śpiew zwodniczych syren, podziałała niczym magnes na wszystkich w sąsiedztwie. Ponieważ, niestety, nikt nie docenia jodłowania o godzinie szóstej rano na terenach zabudowanych. Nawet gdy śpiewaczka włoży w nie całe serce! Artyści zawsze mają przechlapane.

Społeczny Komitet Właścicieli „Eksmitować Syrenę do Kanału!” zawiązał się z marszu. Okolica wygrała już wojnę z parafialnym dzwonem i wiedziała, co robić. Nie zamierzałam się tym przejmować. Bo ni stąd, ni zowąd zaczęło mnie cechować wyczucie handlowej okazji (tak zapewne procentuje posiadanie linii bocznej).

W lot pojęłam, jak korzystnie sprzedać w mediach dystans męża do siebie – i jak wypłynąć na eskalacji sąsiedzkiej wojny. W głowie zaczęły się też wyświetlać tabele przeliczeniowe kursów walut, terminy promocji w supermarketach i ramówek telewizyjnych… Zupełnie, jakbym dostała przyłączenie do księgowości kronik Akaszy!

Dotąd ciemna w interesach, nagle wiedziałam, kto do czego może mi się przydać, oraz jak wycisnąć pieniądze z kamienia. I na co syrenie rozkład kursów promów pasażerskich na Renie, który pulsował mi w głowie… Toż nie ma sensu wdzięczyć się do pustej rzeki! Na pewno lepiej wypełzać na skały, gdy rzeką sunie coś konkretnego, niż zasuwać dzień i noc, świątek piątek, na jakimś wygwizdowie!...

Zrozumiałam że zrobię karierę w szoł-biznesie. I że warto niewzruszenie robić swoje: śpiewać, piłować paznokcie, czekać na telefon. Nie ma co się denerwować idiotycznymi komitetami zidiociałych sąsiadów. Wszak jedyny kanał, do którego można eksmitować syrenę, to kanał telewizyjny!

Inność moja wzbudziła jednak taką falę ksenofobii, jakbym była pół-Żydówką, a nie miksem gojki i sandacza. Ta ksenofobia, i owszem, zdaniem mojej linii bocznej, była docelowo korzystna dla kariery – ale tu i teraz ciężka do zniesienia. Do wrogości trzeba się jednak przyzwyczaić, zanim się ją zacznie przebijać na twardą monetę.

Na basen nie zostałam więc wpuszczona. Ochroniarze wezwali kierownika, a ten – niezdziwiony ludzko-zwierzęcą hybrydą, lecz cokolwiek zaniepokojony mieczem – zażądał kwitu od weterynarza. – Proszę pani, tyle jest nowych chorób odzwierzęcych. Jak ktoś naśle na mnie sanepid, to będę ugotowany!

Bezskutecznie trzepotałam niewyobrażalnie długimi rzęsami. – Musi pani wykazać, że ma szczepienie na wściekliznę i nie jest nosicielką tasiemca rybiego. No i nie będzie się pani pluskać w moim basenie z tą maczetą. Zasugerował także, żebym poszła się pławić do akwarium w jakiejś restauracji, która serwuje frutti di mare – przy okazji zarabiając jako reklamówka. Lub żebym poszukała szczęścia vis-à-vis, tzn. w fontannie przed Pałacem Kultury.

Odczuwałam już tak nieznośny świąd dolnej połowy ciała, obleczonej w cerę nieznaną kosmetyczkom, że było mi obojętne, w jakim akwenie nawilżę swój biedny ogon! Ledwo jednak z ulgą zanurkowałam w toń fontanny, skądś wyskoczył patrol antyterrorystów. I odnotował medialny sukces, zarzucając specjalną sieć oraz rozbrajając półnagą syrenkę…

Zranienie linii bocznej upośledziło funkcje tego organu do pilotowania kariery. Bo nie zemdlałam podczas aresztowania. Mimo to, i tak miałam z tej afery kilkaset okładek na całym świecie. Dzięki Bogu, ABW długo potem ustalało, z którego rosyjskiego laboratorium zbiegłam – a takie tematy są świetne na film. Zakładano, że jestem zwierzęciem doświadczalnym, hodowanym na biust do przeszczepu i zakąskę. Aż odkryto, że jestem obywatelką RP, jedyną w swoim rodzaju…

Wyszłam na wolność w błyskach fleszy. Piękna sprawa. I jaki materiał dla rozpisujących się o rozwodach tabloidów. Bo mąż, który odebrał mnie z aresztu, zionął wściekłością, że musi mnie nosić na rękach. Nie tylko w Dzień Kobiet.


Iwona L. Konieczna

Źródło: Wróżka nr 3/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube