Matrony i kokietki

Afrykańska Namibia skutecznie opiera się odzieżowym modom. Od wieków trendy miejscowym elegantkom dyktują bowiem duchy przodków i… misjonarze.

Matrony i kokietkiGdyby się spotkały, byłyby zdziwione, że mówią tym samym językiem i mają tych samych przodków. Ale chociaż żyją w jednym kraju, do takiego spotkania jednak nie dojdzie. Bo kobiety z plemion Himba i Herero nawet nie wiedzą o swoim istnieniu. Rozdzieliła je historia i dziś różnią się od siebie tak, jak zakonnice od dziewczyn w strojach topless.

Afrykańskie piekło

Namibia jest piękna, jeśli się ją ogląda, i straszna, jeśli trzeba w niej żyć. Położona na krańcu południowo-zachodniej Afryki, jest prawie trzy razy większa od Polski, ale ma tylko 2 miliony mieszkańców. Jest więc prawie bezludna. Ciągnącym się setkami kilometrów piaszczystym plażom dawni żeglarze nadali złowrogą nazwę Wybrzeża Szkieletowego.

Nie bez powodu. Gdy wyczerpana załoga zbłąkanego portugalskiego statku dostrzegła na horyzoncie ląd, w marynarzy wstąpiła nadzieja, że jednak przetrwają. Ale po przybiciu do brzegu z każdą godziną gasła. W którąkolwiek stronę by nie poszli, mieli przed sobą jedynie niekończące się morze piasku. Przenoszony przez wiatr, zasypał nawet góry, przemieniając je w gigantyczne wydmy. Wieczorem zachodzące słońce zmienia ich kolor na czerwony, tę samą barwę nadaje niebu. Wygląda to tak, jakby cały świat stawał w płomieniach.

reklama

Magiczny spektakl trwa ledwie kilka sekund. Słońce błyskawicznie kryje się za czarnymi czapami wydm, zapada ciemność i robi się zimno. W ciągu dnia słanialiśmy się na nogach z powodu upału, przed świtem namiot pokrywał się szronem. Mieliśmy z sobą śpiwory, zapas żywności i wody, sprawny samochód, więc podróżowaliśmy bez obaw. Czasem tylko przebiegła przez głowę myśl, co by się stało, gdyby nagle tego wszystkiego zabrakło? Odpowiedź była oczywista – szybko dołączylibyśmy do nieszczęśników, którym Wybrzeże Szkieletowe zawdzięcza swoją nazwę.

Po trzech dniach jazdy w tumanach kurzu, drażniącego oczy i gardło, przebiliśmy się przez martwą pustynię. Na ziemi o kolorze rdzy pojawiły się kępy suchej trawy, monotonny pejzaż urozmaicały kolczaste krzewy i rozłożyste akacje. Deszcz pada tu raz na kilka lat, nie ma rzek ani jezior. W takim miejscu nie przetrwalibyśmy bez pomocy nawet tygodnia.

Wioska kobiet

Lud Himba żyje tu od dwóch stuleci. – W czym się umyć? – W piasku. – Co pić, gdy nie ma wody? – Mleko. – Jak napoić bydło, które je daje? – Zaprowadzić je tam, gdzie rośnie trawa i nie wszystko wyschło. Wiosek Himba nie ma na żadnych mapach. Dziś są tu, za miesiąc mogą być w zupełnie innym miejscu. Kto chce ich spotkać, musi jechać na północ Namibii i uważnie się rozglądać.

Jeśli dostrzeże płot, upleciony z suchych gałęzi, będzie na dobrej drodze. W wioskach praktycznie nie ma mężczyzn, którzy nieustannie wędrują ze stadami kóz. W czasie suszy odchodzą na dziesiątki kilometrów. Wszystkie rodzinne obowiązki z konieczności spadają więc na barki kobiet. Wychowują dzieci, obrabiają motykami poletka, na których rośnie cherlawe zboże, tłuką kamieniami ziarna na codzienny posiłek, przypominający gęsty kleik. A w razie potrzeby naprawiają gliniane chaty.

Harują od świtu do zmroku. Mimo to znajdują jeszcze czas i siły, by zadbać o urodę. Zdaniem wielu podróżników, Himba są najpiękniejszymi kobietami Afryki. Żyją w skrajnie niehigienicznych warunkach, nigdy nie słyszały o żadnych kremach czy emulsjach, lecz niejedna Europejka mogłaby im pozazdrościć gładkiej, jedwabistej skóry.

Make-up, jakiego nie znacieMake-up, jakiego nie znacie

Kiedy poprosiłem jedną z dziewczyn, by pozowała do zdjęcia, nieoczekiwanie objęła mnie i przytuliła się. Po tym uścisku na mojej koszuli pozostała trudna do sprania, rdzawa plama. Tak odkryłem tajemnicę urody kobiet Himba.

Sekret kryje się w mazi wykonywanej z popiołu, ziół, masła i brunatnej glinki zawierającej ochrę. Kobiety codziennie pokrywają nią skórę i… włosy. Dziś potwierdzono już laboratoryjnie, że ten prymitywny makijaż ma cudowne właściwości. Nie tylko nadaje skórze piękną barwę, ale też wzmacnia ją, chroni przed insektami i bakteriami, zapobiega porażeniu słonecznemu.

Cienka, szczelnie okrywająca ciało warstewka mazi ogranicza też wydzielanie potu i zabezpiecza organizm przed odwodnieniem. Makijaż to podstawa porannej toalety, ale żadna szanująca się kobieta nie pokaże się przecież ludziom nieuczesana. W wiosce Himba salonu fryzjerskiego, rzecz jasna, nie ma, trudno nawet o lusterko.

Pierwszą fryzurę układa dziewczynce matka, potem – w zasadzie do końca życia – trzeba ją tylko z niewielką pomocą przyjaciółek odnawiać. Gdy włosy są wystarczająco długie, splata się je w kilka lub kilkanaście warkoczy i… oblepia tą samą brunatną mazią, co resztę ciała. Ta bardzo trwała ondulacja nie tylko zdobi, lecz również przekazuje informacje o stanie cywilnym kobiety. Panny na wydaniu opuszczają warkocze na twarz, kryjąc się za nimi jak za welonem. Dodaje to im tajemniczości i zwiększa ciekawość zalotników.

Odsłonić oblicze wolno im dopiero po zamążpójściu. Warkocze związuje się wówczas z tyłu głowy, a na jej czubku mocuje rzemykami embrę – skórzane zawiniątko w kształcie kwiatu lub rogów. Mężatki nigdy nie pokazują się publicznie bez tej ozdoby, zdejmują ją dopiero wieczorem, przed położeniem się spać. Jeśli kobieta nie nosi embry, oznacza to, że jest wdową.

Źródło: Wróżka nr 3/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020