Tańcząca bibliotekarka

Izka, co ty robisz w tym składzie makulatury? – pytały koleżanki. A ona od dziecka marzyła tylko o pracy w bibliotece. Nadawała swoim książkom numery i cięła bloki techniczne, by zrobić do nich karty.

Tańcząca bibliotekarkaIza miała siedem lat, kiedy po raz pierwszy odwiedziła małą filię biblioteki publicznej w Będzinie, gdzie mieszka. Po powrocie do domu, z wypiekami na twarzy, wyjęła z półek wszystkie książki. – W starym składziku pod schodami w klatce domu, gdzie mieszkałam, była graciarnia. Wyprzątnęłam ją (wciągnęłam do odkurzacza tony pajęczyn i pająki, których się niesamowicie brzydziłam), pomalowałam ściany, przyciągnęłam jakiś zdezelowany regał i przy świeczce układałam książki, wpisywałam do inwentarza, katalogowałam. Ku przerażeniu mojej mamy siedziałam tam w rękawiczkach i pełnym rynsztunku zimowym nawet podczas temperatury zero stopni, gdy w długopisie tusz mi zamarzał. To były czasy! – wspomina Izabela Tumas.

Biblioteka w schowku
Książki wypożyczali od niej sąsiedzi i koleżanki. Karty do nich (dziś, w prawdziwej bibliotece, zastąpione przez kody kreskowe) śniły jej się po nocach. – Robiłam je metodą chałupniczą: wycinałam z bloku technicznego (co było raczej pogrążające finansowo), czerpiąc prawdziwą przyjemność z odmierzania odległości, łączenia punktów w linie. Wszystkie oszczędności wydawałam na te bloki i książki. Wszyscy znajomi musieli się obowiązkowo zapisać do mojej biblioteki. Potrafiłam wycyganić w darze książki od wszystkich wokół, jeździłam też do księgarń na wyprzedaże i do antykwariatów – wspomina.

reklama

Kiedyś odkryła sklep z drukami akcydensowymi, w którym zaopatrzyła się w prawdziwe karty książek. Kupiła ich 300 i jeszcze 100 kart czytelnika. Koleżanki, które wybrały się wtedy z nią do Katowic, patrzyły trochę dziwnie, jak z nabożną czcią liczy i gładzi te rubrykowane kawałki brystolu. – Moją radość po tamtych zakupach można porównać chyba tylko ze współczesną radością z najnowszego modelu laptopa. Albo raczej samochodu – uśmiecha się na to wspomnienie.

Wyrobiła nawet pieczątkę, ale nie mogła mieć napisu „Biblioteka prywatna”, bo musiałaby przedstawić odpowiedni dokument. Pieczątka głosiła więc, że to „Księgozbiór GOK-TUS”. – To pierwsze litery nazwisk, mojego i koleżanki, która mi trochę pomagała – tłumaczy Iza. – Szybko jednak znudziła się jej zabawa w bibliotekę.

Co innego Iza. Ona do tej pory różne dokumenty i katalogi z tej biblioteki przechowuje w pomalowanych i opisanych pudełkach po butach. W szkolnej bibliotece dyżurowała na każdej przerwie, a potem zostawała tam po lekcjach i wychodziła dopiero wtedy, kiedy bibliotekarki kończyły pracę. W ostatnich latach podstawówki biblioteka szkolna przestała jej już wystarczać – zaczęła chodzić do miejskiej i tam również pomagała bibliotekarkom w pracy. Najpierw w oddziale dla dzieci, potem – już w liceum – dla dorosłych.

– Kiedy na studiach musiałam zaliczyć wakacyjne praktyki i odbywałam je właśnie w tej będzińskiej bibliotece miejskiej, jej dyrektorka śmiała się, że przez te wszystkie lata, kiedy tam dobrowolnie przychodziłam, odrobiłam te praktyki już dziesięciokrotnie – opowiada Iza. Dużo czytała na temat pracy w bibliotece, robiła notatki z poradników metodycznych. A potem z tych notatek czternastolatki korzystała na studiach. – I tak pierwsza dziecięca „zabawa w bibliotekę” trwa u mnie do dziś, tyle że teraz mi za to płacą – śmieje się.

Precz z szarymi okładkami
Zazwyczaj zostaje po godzinach. A wszyscy już się tak do tego przyzwyczaili, że gdy wychodzi wtedy, kiedy powinna, dziwią się, że już. Dziś pracuje  w Bibliotece Gimnazjum numer 3 imienia Henryka Sienkiewicza w Będzinie.  Właściwie do biblioteki w szkole trafiła przez przypadek. Pracowała w bibliotece miejskiej, ale nagle rozchorowała się jej babcia, 99-letnia staruszka, z którą od kilku lat mieszkała i którą się opiekowała. Żeby mieć dla niej więcej czasu, musiała znaleźć pracę bliżej domu i w mniejszym wymiarze godzin. A w takiej bibliotece wynosi on sześć godzin. Kiedy weszła pierwszy raz do swojego nowego miejsca pracy, o mało nie zasłabła. Bo widok starych mebli, zniszczonych książek w szarym papierze i ogólnej szarzyzny zwalał z nóg.

W pierwszym roku uczniowie i nauczyciele widywali ją w dosyć nieciekawym stroju: fartuchu roboczym i gumowych rękawicach. Robiła generalne porządki, wyrzucała okładki z szarego papieru, odkurzała księgozbiór, malowała meble, ściany i kaloryfery, żeby jakoś to miejsce upiększyć. Nie tylko zostawała wtedy po godzinach, ale przychodziła do pracy nawet w sobotę, w ferie i wakacje (co zostało jej do dzisiaj). Iza, która, niestety, często się spóźnia, usłyszała kiedyś od swojej pierwszej dyrektorki: jaka spóźnialska, taka robotna. Uznała to za komplement. Kiedy na początku pytała uczniów, co według nich robi bibliotekarka, odpowiadali: pije kawę i czyta gazetę. Gdy potem widzieli ją w tym fartuchu, walczącą z kurzem i bylejakością, nikomu nie przyszło do głowy, by powtarzać stereotypowe sądy.

Paczka od Lema
W każdej bibliotece szkolnej brakuje pieniędzy na książki. Gdy już koniecznie trzeba coś kupić, sięga się do paragrafu „pomoce szkolne”, który i tak zazwyczaj jest bardzo okrojony i musi być rozdzielony na wyposażenie większości pracowni. Dlatego Iza wszelkimi sposobami starała się pozyskać darczyńców książek i środki na ich zakup.– Chciałam, żeby biblioteka tętniła życiem, żeby uczniowie zjawiali się tutaj nie tylko po lektury, których w większości nie czytają (nad regałami z lekturami umieściłam napis „Wasze ukochane lektury”, który wzbudza ogólną wesołość), ale po książki, czytane dla przyjemności – opowiada.

Źródło: Wróżka nr 4/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl