Pisanki na miłość

Sabina przyniosła mi prezent. „Własne rękodzieło” – zaznaczyła. – Z jakiej okazji? – zapytałam zaskoczona. – Zbliżającej się Wielkanocy – odpowiedziała. – I nie tylko.

Pisanki na miłośćOtworzyłam pudełko. Było w nim pięć gipsowych, idealnie gładkich jajek, pomalowanych na złoto i ozdobionych tajemniczymi czarnymi znakami, przypominającymi runy. – To symbolika starosłowiańska – wyjaśniła. – Każda pisanka znaczy coś konkretnego… – domyśliłam się. – I w magiczny sposób przenosi na obdarowanego to, co symbolizuje. Ta z rysunkiem gałązki bazi gwarantuje urodę i zdrowie. Kłos pszenicy to pomyślność domowego ogniska… – A ta z kwiatkiem o trzech płatkach?

– Stałość w uczuciach, zgodne małżeństwo, wieczną miłość – uśmiechnęła się. – Ale najważniejsza dla ciebie jest pisanka z symbolem kurzej łapki. Mówiłaś, że marzysz o drugim dziecku. No to masz tu symbol płodności i urodzaju. – Jaki rysunek na jajku zrobiłabyś dla siebie? – zapytałam. – Ze znakiem róży – odpowiedziała bez wahania. – To solarny symbol przeznaczenia, losu, nadziei, męskiego działania.

Nie zdziwiło mnie to. Sabinie ubywało nadziei. Kochała mężczyznę, który należał do niej sercem, duszą i ciałem, ale formalnie i fizycznie wciąż był mężem innej kobiety.

reklama

– Codziennie na niego czekam. Nigdy nie wiem, czy będzie mógł przyjechać. Na godzinę, czasem na kilka godzin, rzadko na weekend – skarżyła się. – A święta? Nigdy razem. – Przecież wierzysz, że jesteście sobie przeznaczeni – odpowiadałam. Ale ją przepełniał coraz większy żal. Że to jeszcze nie teraz, że tracą czas, że Piotr nie jest dość zdecydowany, by zakończyć małżeństwo, które unieszczęśliwia i jego, i jego żonę, choć rozumiała, jakie to trudne. Bo ona też musiała kogoś zostawić. Gdy spotkali się z Piotrem i spojrzeli sobie w oczy, wiedzieli, że będą razem. „Trafiliśmy na siebie. Ktoś tam w górze to zaaranżował” – Sabina uśmiechała się do tego wspomnienia.

Po południu zjawił się u mnie Michał. Jemu z kolei od dłuższego czasu powtarzałam: „Przestań wiecznie rozpamiętywać. Ciesz się tym, co masz”.

Bo on od wielu miesięcy miał nowe życie, nową pracę. Ale nie chciał się otworzyć na nowe uczucie, które mu przepowiadałam. Wciąż żałował tego, które stracił. – Powiedziała, że już mnie nie kocha. I odeszła. – Przecież nie chciałbyś, żeby wróciła. Bez miłości. Uwierz mi, spotkasz kobietę podobną do siebie. Wrażliwą, oddaną, także po przejściach. Po prostu „traficie na siebie” – pożyczyłam te słowa od Sabiny. Wychodząc, Michał zatrzymał się przy komodzie, na której leżały w pudełku złote pisanki. – Już widziałem takie znaki… – powiedział po chwili.

Pisanki od Sabiny nie spodobały się mojemu mężowi. „Są dziwaczne”– ocenił. „Na wzór starosłowiańskich?” – zdziwił się. „No dobrze. Będziemy jak co roku malować normalne, kolorowe” – zgodziłam się. Te złote wyłożyłam na srebrną paterę po babci Zosi. Ładnie wyglądały.

– Co to za pisanki? – zainteresowała się Dorota, która przyszła wieczorem. – Dostałam w prezencie – odpowiedziałam. Pomyślałam, że podarowałabym Dorocie tę samą pisankę, którą wybrałaby Sabina. A może jednak tę ze znakiem gałązki sosny? – zawahałam się. Ta moja piąta pisanka była symbolem siły, śmiałości, zdecydowania.

Znałyśmy się z Dorotą od dawna. Po raz pierwszy przyszła do mnie rok po swoim ślubie. Podejrzewała, że mąż ją zdradza. Z kart wynikało, że nie jest to prawda, ale i tak każdy późniejszy powrót męża do domu kończył się wyrzutami i awanturą. Dwa lata temu musiałam przyznać Dorocie rację. W życiu jej męża pojawiła się kobieta. I uczucie, z którego nie zamierzał zrezygnować.
– I co? Krzyżyk na drogę? – zapytała zdenerwowana.
– Nie zatrzymasz go – byłam z nią szczera.
– To się jeszcze okaże!

Dorota długo walczyła o swoje małżeństwo. Próbowała nawet szantażu. Tamtego dnia, kiedy zastanawiałam się, którą pisankę bym jej podarowała, zaskoczyła mnie, oświadczając: – To koniec! Rozwodzę się!

Wielkanoc Sabina i Piotr po raz pierwszy spędzili razem. Dopiero po świętach dowiedziałam się, że Piotr… to mąż Doroty, a Sabina to dziewczyna Michała! Gdy jakiś czas później Dorota i Michał poznali się u mnie, przypadkiem(!), pomyślałam, że oto zaczął się następny rozdział historii pt. „Trafiliśmy na siebie”. Żadne z nich już do mnie nie przychodzi. To chyba znaczy, że dobrze im się wiedzie. Bo przecież do wróżki nie przychodzą ludzie szczęśliwi.


Anna Złotowska
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 4/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019