Alergia w wielkim mieście

Teorię, że katar sienny wywoływany jest przez siano, należy odłożyć do lamusa. Dziś już wiadomo, że przyczyną uczuleń są spaliny i dwutlenek węgla.

Alergia w wielkim mieścieNa nagrobku egipskiego faraona, który zmarł przeszło 3 tysiące lat p.n.e., można przeczytać, że przyczyną jego śmierci było ugryzienie przez pszczołę. O Neronie mówi się, że alergii na końską sierść zawdzięcza tytuł cesarza. Nie on był jednak uczulony, tylko prawowity spadkobierca tronu po Klaudiuszu – Brytanik. Kiedy syn cesarza próbował dosiąść konia, zaczynał kichać i zalewał się łzami do tego stopnia, że przestawał cokolwiek widzieć. Zastępujący go Neron mógł dzięki temu dostąpić wielu zaszczytów, aż w końcu sięgnął po ten najwyższy – tron cesarza.

Można by znaleźć więcej dowodów na to, że alergia nie jest wymysłem naszych czasów. Jednak jeszcze w XIX wieku, kiedy angielski lekarz John Bostock opisał „letni katar” (dziś powiedzielibyśmy – alergiczny nieżyt nosa) jako swoistą reakcję na kwitnienie roślin, dolegliwość ta należała do rzadkości i dotyczyła tylko wybrańców. Katar sienny (z ang. „hay fever” – gorączka sienna), bo tak go później nazwano, przez długi czas był „przywilejem” klas najbogatszych i średnich.

Ale już w XX wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. O ile na początku stulecia odsetek alergików wynosił w krajach rozwiniętych średnio 1 procent, to pod koniec XX wieku – już około 30 procent. Alergia stała się chorobą powszechną, niemalże epidemią. I nie skończyło się na nadwrażliwości na pyłki, bo pojawiły się też inne alergeny, np. składniki pokarmowe, sierść zwierząt, jad owadów, kurz, grzyby i roztocza.

reklama

Jesteś z miasta, masz problem
Z trwających trzy lata badań przeprowadzonych przez Warszawski Uniwersytet Medyczny (projekt ECAP) wynika, że ponad 40 procent Polaków cierpi na jakiś rodzaj alergii. Badaniem objęto osiem dużych miast i jeden obszar wiejski. I co się okazało? Że „alergiom sprzyja wielkomiejski styl życia” – jak to określił  kierujący zespołem badaczy prof. dr hab. med. Bolesław Samoliński. Badania pokazały bowiem, że osoby mieszkające na wsi dwukrotnie rzadziej cierpią z powodu uczuleń niż mieszczuchy. Jak to możliwe, skoro na wsi potencjalnych źródeł alergii jest więcej – pylące trawy, chwasty i zioła, wszędobylski kurz, obecność zwierząt?

Naukowcy wyjaśnili niedawno ten fenomen – chodzi o zanieczyszczone miejskie powietrze. Zdaniem ekspertów z 13 krajów Unii Europejskiej za objawy uczulenia, takie jak kichanie, katar, podrażnienie oczu, może odpowiadać dwutlenek węgla. Duże stężenie CO2 w atmosferze pobudza rośliny, które produkują pyłki ze zdwojoną mocą. Prof. Bolesław Samoliński, prowadzący badania w Polsce, zwraca uwagę na jeszcze inny problem – spaliny, którymi mieszkańcy dużych miast oddychają na co dzień. Według niego oblepione cząsteczkami spalin pyłki roślin po przedostaniu się do organizmu stają się wyjątkowo agresywne.

Nadgorliwy system obronny
A skoro pojawia się atak, to musi być też obrona. I tu dochodzimy do sedna problemów z alergią. Bo kto jest bezpośrednim sprawcą reakcji alergicznej? Nasz wewnętrzny „specjalista ds. bezpieczeństwa”, czyli układ immunologiczny. Natura była hojna, dając nam sprawny system obronny – w prymitywnych warunkach pozwalał zwalczać choroby i ratował życie. Ale dzięki cywilizacji dawne zagrożenia minęły. Wiemy już, jak uniknąć zarazków, mamy szczepionki na wirusy i leki bakteriobójcze.

To wszystko sprawia, że nasz system odpornościowy cierpi na brak… sensownego zajęcia. I z nudów bawi się w wojnę. Mobilizuje swoje oddziały (przeciwciała IgE) i atakuje wroga (wydzielając m.in. histaminę). Tylko że wróg nie istnieje. Bo w porównaniu z bakteriami pyłki roślin nie są poważnym przeciwnikiem. Ale choć wojna jest fikcyjna, organizm broni się naprawdę (m.in. pojawia się stan zapalny). I za wszelką cenę próbuje wyrzucić intruza na zewnątrz, dlatego cieknie nam z nosa, łzawią oczy, zaczynamy kaszleć i kichać.

Rozsądek – najlepsza profilaktyka
Naukowcy nie mają wątpliwości, że jednym z czynników sprzyjających powstawaniu uczuleń jest życie w zbyt sterylnych warunkach. Brytyjski epidemiolog David Strachan zwraca uwagę, że większa dbałość o higienę, trzymanie dzieci pod kloszem, czyli tzw. zachodni model życia, ogranicza nasz kontakt z alergenami. W takich warunkach układ immunologiczny nie ma szans, by zaprawić się w boju i nie ma mowy o naturalnej odporności. Polscy badacze udowodnili, że dzieci z wielodzietnych rodzin, gdzie nie ma cieplarnianych warunków życia, są zdrowsze od swoich rówieśników, wychowywanych w sterylnych domach.

Umiarkowany kontakt z bakteriami (w granicach rozsądku, bo np. częste mycie rąk jest wskazane!) od wczesnego dzieciństwa może zmniejszyć ryzyko uczuleń w późniejszym wieku. Podobnie jak, według niektórych teorii, przebyte infekcje. Dlatego czasem lepiej pozwolić dziecku „wyleżeć” chorobę, niż przy pierwszych objawach podawać silny lek. Maluchy, które w 1. roku życia leczono antybiotykami, są dwukrotnie bardziej narażone na astmę.

Źródło: Wróżka nr 4/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020