Majowe noce i koszulka w paski

W maju nie ma zmiłuj – trzeba odłożyć na półkę obszerne swetry i włożyć coś bliżej ciała... No i wtedy już wiadomo, że nie mam co na siebie włożyć. W nic, ale to w nic, co by wyglądało fajnie, się nie mieszczę. Mąż zdaje się cierpiał na to samo, więc wybraliśmy się na małe zakupy do galerii handlowej, a przy okazji do kina.

Majowe noce i koszulka w paski– O, popatrz, tu masz butik dla puszystych, a ja skoczę kupić bilety, zdzwonimy się za jakąś godzinkę – powiedział mój mężczyzna, patrząc na zegarek. Aż mną zatrzęsło, ale pamiętając, że stres powoduje zmarszczki i szybsze starzenie się komórek, wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się najpromienniej, jak umiałam: – Czy naprawdę uważasz, że mogłabym nosić te wory w rozbrykane króliczki, nawet gdybym rzeczywiście miała aż tak gigantyczne wymiary?? W końcu chyba jeszcze mnie odróżniasz od poduszek na kanapie, ko-cha-nie – szepnęłam i pobiegłam dokładnie w odwrotnym kierunku.

No, nie wiem, czy będę w stanie oglądać film, siedząc obok kogoś, kto ma grubo ponad 100 cm w pasie, a mnie wytyka metabolizm na zwolnionych obrotach, do którego w końcu ma prawo każda kobieta okołopółwieczna. Ja mu nie wytykam, że ma lewe ramię niższe, podejrzenie garbu i czasem przypomina kartofla. Czy ja muszę być idealna? I gdzie tu sprawiedliwość?? Widzieliście kiedyś sklep z ciuchami dla zapasionych facetów??? Im się nie mówi, że są puszyści, tylko że mają solidne wymiary, a żeby nie przeżywali traumy w czasie mierzenia obwodu w pasie, szyją im spodnie z zapasowymi dziurkami. Niech to szlag...

Nie będę się ubierała w ciuszki, które wyglądają 20 lat młodziej niż ja, ale dlaczego miałabym robić zakupy w sklepie dla zakonnic na emeryturze? Miałam ochotę wrócić i rozbić szybę w tym mizoginistycznym przybytku brzydoty i nienawiści do kobiet. Dostrzegłam jednak na wystawie cudowne, czerwone buty z zamszu, więc musiałam wejść i je przymierzyć.

reklama

Potem obejrzeliśmy „Dziewczynę z tatuażem” i przy scenie zemsty na grubym prawniku trochę mi przeszło... Chcę być jak Salander!!! Ale gdy wróciliśmy do domu, mąż znowu zaczął swoje – zrób coś z tą szafą, wszędzie twoje ciuchy, a ja nie mam gdzie powiesić koszul!!

No cóż, przyznaję, że od lat nie zdobyłam się na czystki w garderobie, choć nieraz miałam taki zamiar. Zawsze przeglądam swoje rzeczy, jak pamiętnik, i nie mam serca ich wyrzucić. Na przykład te piękne, lekko naderwane sandałki, które przywiozłam ze świata i nosiłam na tak szalonej imprezie, że dopiero rano zauważyłam, ile narobiły mi odcisków. Albo ta jedwabna spódnica z koła, w której szłam na pierwszą randkę z facetem, który na szczęście nie został moim mężem... Boże, ja naprawdę byłam kiedyś aż tak wąska w pasie???

Albo ta sprana podkoszulka w paski... Miałam ją na sobie (choć dość krótko) w pewną majową noc. Wynajmowałam wtedy pokoik na piętrze domu starszych państwa i durzyłam się w mężczyźnie, który nie był pewny, czy woli mnie od swojej żony czy na odwrót. Pod koniec tygodnia zwyciężyła opcja żona i zostałam sama ze swoim skomplikowanym życiem. Z rozpaczy zrobiłam generalne porządki i padłam nieżywa na łóżko. Ledwo zasnęłam, gdy obudziło mnie stukanie. Niewierny mąż stał na dole w świetle księżyca i rzucał kamykami w moje okienko. Boże, jakie to było romantyczne!! Najciszej jak mogłam, żeby nie obudzić staruszków, zbiegłam na dół i uchyliłam drzwi.

Północny gość wśliznął się do środka i po skrzypiących schodach wszedł ze mną na górę. Nie powiedzieliśmy słowa, nie zapalaliśmy światła... pamiętam, że chciałam umrzeć ze szczęścia. Przed świtem on wyśliznął się z domu, a ja zasnęłam. Gdy się obudziłam, poszłam do łazienki, stanęłam przed lustrem i omal nie zemdlałam. Miałam twarz pokrytą malutkimi brązowymi plackami, gdzieniegdzie jeszcze oblepionymi czymś białym. Wtedy wróciła mi pamięć, że wieczorem po sprzątaniu przeganiałam sobie pryszcze z nosa i okolic, a ślady po ich ekstrakcji pomazałam propolisem, który dla lepszego efektu posypałam jakąś zasypką. Co więcej, wymięta podkoszulka w paski poplamiona była tak samo malowniczo na samym przodzie.

Boże, jaka ja wtedy byłam napalona wariatka, jak dobrze, że to już mam za sobą!!!!

Tym razem postanowiłam nie stchórzyć po raz kolejny i pozbyć się swoich relikwii. Wrzuciłam koszulkę, sandały i spódnicę do worka, a potem zrzuciłam wszystko z półek na podłogę i zaczęłam odkładać te rzeczy, które: a) noszę najczęściej i najchętniej, b) w których się mieszczę, c) których za nic nie wyrzucę z powodu bolesnej sprawy ceny... Resztę oddam do caritasu... albo nie, spakuję i zaniosę do piwnicy. Otóż to, trudno wyrzucić z szafy wspomnienia, nawet te słodko-kwaśne, tak raz na zawsze, zwłaszcza gdy nowych nie przybywa....


Teresa Jaskierny
"Wróżka" 5/2012

Źródło: Wróżka nr 5/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020