Tato, nie zabijaj rysia

Do życia zgodnego z naturą coraz częściej rodziców zmuszają ich dzieci. I to nawet wtedy, gdy sami wcale nie planowali wychowywać swoich pociech na ekologów...

Do życia zgodnego z naturą coraz częściej rodziców zmuszają ich dzieciNieee! Bo go zabijesz! – tym przeraźliwym okrzykiem czteroletni Mikołaj pół roku temu postawił na równe nogi pół supermarketu i sprawił, że na jego ojcu Rafale skupiło się kilkadziesiąt wrogich spojrzeń. – Nie miałem żadnych morderczych zamiarów – tłumaczy. – Po prostu wyrzuciłem plastikową butelkę do niebieskiego kosza na śmieci. A niebieski jest przecież na papier!

Mikołaj wziął sobie do serca przedszkolną lekcję ekologii. Nie segregując śmieci, zatruwamy środowisko i zabijamy rysia – rozumowała mała główka, próbując uporządkować natłok informacji. Dziś już Rafał się z tego śmieje, ale wówczas był przerażony. Nie tyle wrogimi spojrzeniami, co stanem zdrowia psychicznego swojego dziecka. Na szczęście psycholog przedszkolna uspokoiła go, że w rozumowaniu Mikołaja nie ma nic szalonego, bo dzieci lubią upraszczać.

Korepetycje u własnego synka
Wie o tym Krystyna Romanowska, dziennikarka, pisarka i ekoblogerka. Dlatego wytłumaczyła swoim córkom, Mai i Lenie, że światło trzeba gasić, by… drzewa mogły rosnąć spokojnie. Tak było łatwiej, niż wyjaśniać pięciolatkom, co to jest obieg energii i efekt cieplarniany. A że bliźniaczki od małego kochają drzewa, a w lesie spontanicznie tulą się do każdej brzozy, teraz same gaszą lampy w pustych pokojach.

Wiedzą też, że z każdym niepotrzebnie wydrukowanym mailem drzewko traci gałąź, a zużyta ryza to ucięty pień. I że woda przyda się rybkom w jeziorach i dzieciom w Afryce, dlatego nie można jej puszczać podczas mycia zębów. Krystyna i jej mąż Leo, półkrwi Niemiec, przede wszystkim jednak dają dzieciom dobry przykład. Śmieci segregowali na długo zanim na świecie pojawiły się córki. Zawsze dużo chodzili po lesie, bo lubią tropić ślady zwierząt. Leo interesuje się geografią, więc opowiadając pięciolatkom, jak powstaje wiatr i trąby powietrze. I nie zaskoczyłoby go pytanie, w jaki sposób plastikowa butelka zabija rysia.

reklama

Niestety, nie każdy rodzi się eko-rodzicem. Częściej staje się nim z konieczności. A proces ten bywa bolesny. Po rozmowie z przedszkolną pedagog Rafał do późna w nocy siedział przed komputerem, przeglądając strony ekologiczne. – Było mi wstyd, że wiem mniej od pięciolatka. Przez kilka godzin przeszedłem przyspieszony kurs ekologii, która obowiązuje dziś od kołyski. I zdecydowałem, że skoro w przedszkolu segreguje się śmieci, to u nas w domu też staną kolorowe pojemniki.

Jego podręcznikami stały się książeczki brytyjskiej fundacji „We Are What We Do” (Jesteśmy tym, co czynimy): „Change the World for a Fiver” (Zmień świat za pięć groszy) i „Change the World 9 to 5” (Zmień świat od 9 do 5). To z nich dowiedział się, jaki wpływ na środowisko mają plastikowe kubeczki, że jeden autobus może przewieźć tyle samo ludzi, co 20 samochodów, a światło pozostawione na noc w przedpokoju zubaża planetę o potrzebną energię. Rano, w drodze do przedszkola, dzielił się tymi rewelacjami z synem. – Ekologia nas zbliżyła. Dała okazję do wypraw do lasu oraz do punktów, w których oddaje się makulaturę i wyrzuca zużyte baterie  – opowiada Rafał, który od dwóch lat jest rozwiedziony i syna ma u siebie tylko na weekendy i połowę poniedziałku.

Poranne pogadanki Mikołaj zapamiętuje lepiej niż historie z eko-książeczek, które tata kupił mu na urodziny: „Pstryk!”, „Fuj!” i „Plusk!” z serii „Dbamy o naszą planetę. Nie sami  – z rodzicami!”. „Dzień cukierka bez papierka, czyli Ekozosia sprząta świat” Katarzyny Sowuli Mikołaj zna już na pamięć.

By nauka nie poszła w las
Krystyna Romanowska ma mniej entuzjazmu dla eko-podręczników. Ostatnio z Leo urządzili córkom prywatne „sprzątanie świata”, czyli ich ukochanej miejscowości Giby pod Sejnami, nad jeziorem Tobolinka. – Zabraliśmy ekologiczne worki na śmieci i aparat fotograficzny. Na zdjęciu „przed” dziewczyny stoją z workami wśród papierów i butelek – miny w podkówkę, kciuki w dół. Zdjęcie „po” to czysta okolica, uśmiechy i kciuki w górze – opowiada Krystyna. Wyprawę Maia i Lena wspominały tygodniami. – Bo najlepsza lekcja ekologii to wyprowadzić dziecko w las – śmieje się ich mama.

Zgadza się z nią Jacek Bożek, prezes Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego Klub Gaja. – Kilkulatki najszybciej przyswajają sobie zależności między człowiekiem a przyrodą, czyli istotę ekologii. Niestety, polski system edukacji skutecznie je do tego zniechęca. Zamiast wyprowadzać do lasu czy nad rzekę, uczy, że przyroda jest nam wroga. Mówi: nie idź tam, bo się przeziębisz, nie wchodź na skarpę, bo spadniesz, a w rzeczywistości woła: nie dociekaj, nie poznawaj!

Tymczasem w Skandynawii deszcz nie przeszkadza w spacerze, a dzieci mogą swobodnie taplać się w błocie. Bo co się stanie? Najwyżej się zahartują – uważa Jacek Bożek. Dlatego cieszy go, że do Klubu Gaja zgłasza się coraz więcej przedszkoli, również tych z ekologią w nazwie. Bożek i jego współpracownicy szacują, że w ciągu ostatnich dwóch lat w Polsce przybyło nawet kilkadziesiąt takich miejsc.

To światełko w tunelu, zwłaszcza że w szkole podstawowej jest już gorzej. – W programie polskiej szkoły ekologia istnieje tylko w teorii – tłumaczy Jacek Bożek. – Trzeba trafić na mądrego nauczyciela, który na lekcji przyrody czy biologii wprowadzi uczniów w temat związków człowieka z naturą. Najczęściej edukacją ekologiczną zajmują się wyłącznie organizacje pozarządowe.

Źródło: Wróżka nr 6/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020