Ciche królestwo grzmiącego smoka

Tu nikt na nikogo nie krzyczy, nikt się nigdzie nie spieszy, nikt nie kradnie. Narkotyki i inne upiory współczesnego świata są zupełnie nieznane. Rządy sprawuje mądry król i piękna królowa, a wszyscy poddani bardzo ich kochają… Tak mogłaby się zaczynać bajka. Ale ten kraj naprawdę istnieje.

Ciche królestwo grzmiącego smokaBhutan trudno znaleźć na mapie, jeszcze trudniej do niego dojechać. To skrawek ziemi wielkości połączonych województw wielkopolskiego i kujawsko-pomorskiego, ukryty wśród niebotycznych gór między Indiami i Chinami. Przez wieki pozostawał na uboczu świata. Wokół wybuchały wojny i rewolucje, rozwijały się przemysł i nauka, a w Bhutanie życie toczyło się niezmiennym od wieków rytmem. Z opowieści nielicznych śmiałków, którym starczyło odwagi, by zapuścić się w te strony, zrodziła się legenda o Shangri-La, rajskiej krainie szczęśliwych ludzi, którzy zamiast gonić za bogactwem i sławą, szukają prawdziwej mądrości.

Raj pod nadzorem
Bhutańczycy nigdy o Shangri-La nie słyszeli. Mimo to żyją niemal dokładnie tak, jak głosiła legenda. Dzięki temu nie słyszeli też o kryzysie, którego tak się boimy w Europie. Im to słowo nic nie mówi, swój dobrobyt określają bowiem nie na podstawie dochodu narodowego, lecz narodowego… szczęścia.

Zaintrygowało mnie, co to znaczy i jak sprawdzić, czy społeczeństwo staje się szczęśliwsze. Uzyskanie odpowiedzi nie było łatwe. Władca Bhutanu dopiero od niedawna pozwala cudzoziemcom na wjazd do królestwa. I to nie wszystkim.

Co roku ustalany jest limit osób, które będą mogły przekroczyć granicę. – Nie chcemy, żeby turyści zadeptali nasz kraj i zepsuli obyczaje – wyjaśniał mi urzędnik w ministerstwie odpowiedzialnym za narodowe szczęście. Obecny limit to około 20 tysięcy zezwoleń w ciągu całego roku (dla porównania: Zakopane odwiedza codziennie ponad 30 tysięcy gości). Trzeba też zapłacić z góry 300 dolarów za każdy dzień planowanego pobytu! Ale innego sposobu zobaczenia Shangri-La nie ma.

reklama

Święte okruszki
Przejechanie 180 kilometrów, dzielących przejście graniczne z Indiami od miasteczka Paro, trwa co najmniej sześć godzin. Szybciej się nie da, bo – jak żartują kierowcy – najdłuższym odcinkiem prostej drogi w Bhutanie jest pas startowy na międzynarodowym lotnisku w Paro. Starsi pamiętają jeszcze czasy, gdy taka podróż zabierała siedem dni. Trzeba było przejść przez bagna pełne pijawek i roznoszących malarię komarów, przeprawić się przez rwące górskie rzeki, wspinać na sięgające chmur przełęcze, niemal po omacku stawiać kroki na spowitych mgłą ścieżkach nad przepaściami.

Pierwszą w kraju drogę wybudowano dopiero w 1963 r. Wtedy też mieszkańcy stołecznego Thimphu po raz pierwszy zobaczyli samochód. Dziwny stwór wykonywał tę samą pracę, co juczne zwierzęta, więc uznali, że potrzebuje pożywienia. I w odruchu serca przynosili mu siano. Król przekazał auto ulubionemu ministrowi. A ten pouczał kierowcę: „To niezwykle cenna rzecz, trzeba ją szanować. Dlatego masz jeździć na pierwszym biegu, dopiero gdy się zużyje, będziesz jeździł na drugim, potem na trzecim…”.

Dziś samochody już spowszedniały, lecz Bhutan wciąż pozostaje jedynym krajem na świecie, w którym nie ma… sygnalizacji świetlnej. Nigdzie, nawet w stolicy. Jakiś czas temu król w ramach eksperymentu polecił zainstalowanie jej na jednym ze skrzyżowań, ale ludzie uznali, że nie potrzebują aż takiej nowoczesności, i urządzenie rozebrano. To nie jedyna różnica między ulicami w naszych miastach i w himalajskim królestwie. Nie spotka się tam przechodniów w dżinsach i koszulach, wszyscy noszą tradycyjne stroje ludowe.

Nie ma przymusu, tyle że w innej odzieży nie wolno wchodzić do świątyń i klasztorów. Bhutańczycy zaglądają tam nieustannie, są bowiem gorliwymi buddystami. Wierzą też, że wyrzekając się tradycji, obraziliby wszechobecne duchy i króla, który wyraził życzenie, by właśnie tak ubierali się jego poddani. A wola króla to dla Bhutańczyków świętość. Szanują go tak bardzo, że kiedy odwiedza ich wioski, zbierają okruchy po wspólnie spożytym posiłku. Przechowują je potem jak relikwie, przeświadczeni, że mają cząstkę magicznej mocy swojego władcy.

Oszukać złego ducha
Strój mężczyzn składa się z sięgającego kolan kaftana w pionowe kolorowe paski, z białymi mankietami, czarnych podkolanówek i półbutów. Udając się do świątyni, przewieszają przez lewe ramię i związują pod prawym szeroki, długi na trzy metry szal. Tak ubierają się wszyscy, od króla po najbiedniejszego chłopa. Różni ich jedynie kolor szala. Szafran jest zastrzeżony dla monarchy, czerwień – dla członków rodziny królewskiej, błękit dla ministrów, zieleń dla sędziów, a zwykłym ludziom pozostaje biel.

Źródło: Wróżka nr 5/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl