Grzechy młodości

Błądzić jest rzeczą nie tylko ludzką, ale i papieską. Jeśli przyjrzeć się biografiom głów Kościoła, okaże się, że w młodości grzeszyły, ile wlezie...

Błądzić jest rzeczą nie tylko ludzką, ale i papieskąCelibat to tylko przepis, a nie dogmat – dowodził w 1970 roku Joseph Ratzinger. I przekonywał, że w połowie XX wieku należałoby jeszcze raz przemyśleć, czy Kościół nie powinien się z tego wycofać. Kilka miesięcy temu dziennik „Süddeutsche Zeitung” wyciągnął to Benedyktowi XVI i zarzucił, że postulował zniesienie celibatu. Miał wtedy 43 lata i był profesorem teologii na uniwersytecie w Tybindze. Mimo to komentatorzy pisali o „błędzie młodości”.

Kilka tygodni później bulwarówka „Der Tagesspiegel” dopisała dalszy ciąg tej historii. W sobie tylko wiadomy sposób dziennikarze dowiedzieli się, że choć niesubordynacja dotyczyła delikatnych spraw ducha, to jej przyczyną było bardzo konkretne ciało. Przyszły papież miał bowiem stracić głowę dla kobiety. Zbuntował więc przyjaciół teologów, aby wywalczyć dla siebie od niemieckiego episkopatu prawo do żeniaczki. Watykan artykułu nie skomentował. To zaś może oznaczać, że tkwi w nim źdźbło prawdy.

Rozpustne lata
Dla jednych grzech młodości dyskwalifikuje Benedykta jako głowę Kościoła, dla innych z chodzącej doskonałości czyni człowieka, wpisuje się w dzieje Kościoła, bo słabość papieży do płci pięknej nie jest niczym nowym. Tysiąc lat wcześniejszy imiennik Ratzingera, Benedykt IX, dla pięknej Adrianny zrezygnował z tiary. Podobnie jak Grzegorz VII. W XI wieku próbował z martwego od 300 lat zapisu o celibacie uczynić obowiązujące prawo i kiedy już wydawało się, że postawieni przed wyborem „albo kobiety, albo zaszczyty”, księża ostatecznie skapitulują, Grzegorz nagle odpuścił sobie ściganie żonatych konfratrów i wrócił do hrabianki, z którą utrzymywał zażyłe stosunki jeszcze jako benedyktyn brat Hildebrand.

reklama

Im bliżej początków Kościoła, tym rzadziej kobiety (niekoniecznie nawet poślubione!) i dzieci stawały się kłodami na drodze do świętości. Mężem i ojcem był św. Piotr, a według niektórych apokryfów – także i sam Chrystus! Pierwsi papieże również. Pobożny i nikomu niewadzący Anastazy I został wyniesiony na tron papieski w 399 roku. Po jego śmierci w 401 roku jego miejsce zajął syn, Innocenty I. Wprawdzie według „Księgi papieży” („Liber pontificalis”) ojcem następcy był anonimowy mieszkaniec Albano Laziale, ale informację o ojcostwie potwierdza św. Hieronim. A któż znałby przeszłość Anastazego lepiej niż jego młodzieńczy przyjaciel?

Papieskie pomioty
Później nie było lepiej. Kobiecym wdziękom nie oparł się nawet słynny reformator kalendarza Grzegorz XIII. Zanim przyjął święcenia, wykładał prawo na uniwersytecie w Bolonii, po zajęciach prowadząc bujne życie uczuciowe. Jednym z jego owoców był nieślubny syn Giacomo. Jako papież Grzegorz nie okazał się „ojcem marnotrawnym” i mianował swojego bękarta dowódcą Gwardii Szwajcarskiej, czyli papieskich ochroniarzy. O tym, że była to fucha warta grzechu, świadczy fakt, iż według niezależnych watykanistów, podczas konklawe w 1405 roku Pius II miał za ten urząd kupić sobie głos Rodriga Borgii. Ale po kolei…

Eneasz Piccolomini zrobił jedną z bardziej błyskotliwych karier w dziejach Kościoła katolickiego. Nie miał wpływowych krewnych, ale zastąpił ich wysoko postawionymi protektorami. Zanim został papieżem Piusem II, kochał poezję, przyrodę i kobiety, miał dwójkę nieślubnych dzieci. Po zdobyciu największego trofeum literackiego doby renesansu, tytułu poety laureata, patronat nad przyszłym papieżem roztoczył niejaki Kaspar Schlick, sekretarz cesarza Fryderyka III.

Co było potem, możemy przeczytać w erotycznym poemacie „Historia dwojga kochanków”, w którym Piccolomini wyłożył, na czym polegała ta znajomość. Wkrótce publicznie potępił swoje wcześniejsze życie i przyjął święcenia kapłańskie. O tym, że nie było to „zwyczajne” nawrócenie, najlepiej świadczy fakt, że Piccolomini całą ścieżkę kościelnej kariery, od diakona (przez rok był biskupem warmińskim) do papieża, pokonał zaledwie w 11 lat!

Watykańskie czary i mary
Gdzie nie mogła rodzina i znajomi, tam zaprzęgano do pomocy siły nieczyste. Pierwszy miał zrobić to Gerbert z Aurillac, znany szerzej jako papież Sylwester II (zawdzięczamy mu zwyczaj hucznego witania Nowego Roku). W młodości studiował w Toledo, i już samo to wydawało się jego współczesnym mocno podejrzane, wszak stamtąd wywodziła się średniowieczna alchemia. W dodatku sam zainteresowany przyznawał, że był uczniem arabskich magów...

Mówiono więc, że tiarę wygrał z diabłem w kości. Inni twierdzili, że na papieski stolec wepchnął go obłaskawiony demon o imieniu Meridiana. Jeszcze inni, że podczas wyprawy do Hiszpanii ukradł magiczną księgę jednemu z arabskich filozofów. Opowiadano, że prawowity właściciel manuskryptu do śledzenia złodzieja zaprzągł gwiazdy, a ten i tak je „oszukał”. Ukrywszy się pod mostem, miał się chwycić belki i – zawieszony między niebem a ziemią – stać się niewidoczny dla maga…

Źródło: Wróżka nr 7/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020