Kamień

Może być polny albo szlachetny. Prawdziwa wartość kamienia nie drzemie jednak w jego karatach. Człowiekowi służył więc i za amulet, i za poduszkę. A nawet za… lek na bezpłodność.

Kamień - język symboliOd niego wszystko się zaczęło. A przynajmniej tak głosi jeden z żydowskich mitów o powstaniu świata: Bóg wrzucił do praoceanu kamień i na tym fundamencie – jak czytamy w biblijnej Księdze Rodzaju – zbudował ziemię. Potem jeszcze wiele razy Jahwe używał kamienia, żeby ukarać bądź nagrodzić Naród Wybrany. Na tablicach z szafirowego kamienia wyrył też  palcem dziesięcioro przykazań i dał je Mojżeszowi. Dlaczego nie spisał tego  na papierze? Bo zarówno niebiański kolor kruszywa, jak i jego trwałość, sankcjonowały boskie prawo o wiele lepiej niż pergamin.

Człowiek biblijny znalazł dla kamieni więcej zastosowań. Starotestamentowy Dawid, na przykład, użył pięciu zwykłych otoczaków, by pokonać olbrzyma Goliata. A gdy inny bohater biblijny, Jakub, zmęczony zasnął na kamieniu, przyśniła mu się sięgająca niebios drabina, której podstawą była kamienna „poduszka”. Według legendy głaz trafił potem na Wyspy Brytyjskie i jako Kamień ze Scone został kamieniem koronacyjnym królów szkockich i angielskich – podczas ceremonii sadzano na nim każdego kolejnego władcę. Po 700 latach angielskiej „niewoli” został zwrócony Szkotom i dziś można go oglądać w Zamku Edynburskim). Na koronację następnego wspólnego władcy Anglii, Szkocji, Walii i Irlandii Północnej kamień ma jednak wrócić do Westminsteru.

reklama

Magiczną moc przypisuje kamieniom wiele kultur. Na Madagaskarze, na przykład, chronią przed złym losem. Z kolei w Indiach rytuał wstawienia kamiennego progu ma zapewnić trwałość i stałość  domostwu i rodzinie. Zresztą nie tylko tam. Ludzie – wzorem bogów, którzy na szczyty gór mieli wnosić wielkie głazy  – budowę domu tradycyjnie zaczynają od umieszczenia kamienia węgielnego  (od węgieł – róg). Ma to być symbolicznym powtórzeniem stworzenia świata. W greckim micie o potopie ocaleli tylko Pyrra i Deukalion, którzy po opadnięciu wód odtwarzali rodzaj ludzki, rzucając za siebie kości matki-ziemi, czyli kamienie.

Ale nie każdy kamień był magiczną kością. Te podłużne przywoływały raczej skojarzenia z miękkimi częściami ludzkiego ciała. Powszechnie wierzono, że takie głazy leczą bezpłodność, choć jeszcze lepiej nadawały się do tego meteoryty oraz strzałki piorunowe, tzw. fulguryty. Panowało bowiem przekonanie,  że zostały one zesłane przez bogów, by przynosić ludziom szczęście i zdrowie. Aby kamienna terapia odniosła skutek, kobiety pragnące zajść w ciążę powinny składać przed nimi ofiary, spędzić przy nich noc lub nagusieńkie ocierać się o nie. Spadkiem po tym obrzędzie jest powiedzenie „rodzić na kamieniu”. W odróżnieniu od tego, co idzie nam „jak z kamienia”, taki poród jest lekki.

Z tego względu kamień często towarzyszy również obrzędom ślubnym. Na Kujawach pannę młodą sadzano na przyniesionym do izby kamieniu, a pan młody w asyście druhen czesał jej włosy. Skakanie przez kamień na progu podczas irlandzkich wesel miało natomiast poprawić charakter przyszłej żony. W Prusach z kolei pan młody miał najpierw skruszeć i złagodnieć – po przespaniu pierwszej małżeńskiej nocy na sienniku wypełnionym kamieniami. I coś w tym musiało być, bo jak powiada szkockie przysłowie: „Dwakroć rad, kto siadł na kamieniu” (raz, bo wypocznie, a drugi raz, gdy wstanie z twardego siedziska). Kamieniem testowano nie tylko pupę, ale też prawdomówność. W Rzymie bowiem składano przysięgę z kamieniem w ręku. Mniemano, że krzywoprzysięzcę uderzy piorun. Na Rugii natomiast wierzono, że dane słowo jest równie trwałe co kamień. 

Skojarzenia z fizyczną krzepą chętnie wykorzystywała ludowa medycyna. Gdy na przykład chciano zapewnić dziecku mocne zęby, podczas ostatniego karmienia piersią matka siadała na kamieniu, najlepiej gołym tyłkiem. Całoroczną ochronę przed bólem i zranieniami głowy zapewniał zwyczaj tarzania się po ziemi i uderzania po głowie kamieniami podczas pierwszej wiosennej burzy z piorunami. Kto tego nie zrobił,  był skazany na „pomoc” wędrownego znachora. Ten, wykorzystując ludzką łatwowierność, w zamian za kury i jaja „usuwał  z głowy kamienie”, co – jak wierzono – było przyczyną migren i debilizmu. W tym celu  nacinał skórę nad brwią. A kiedy rana mocno krwawiła, w dłoni szarlatana kuglarską sztuczką pojawiało się kilka zakrwawionych kamyków. Dolegliwości mijały jak ręką odjął, bo pacjenci, przejęci „operacją”, zapominali o nich. Przypominali sobie dopiero po odejściu znachora i zaczynali kląć w żywy kamień…

Wpływ kamieni na ludzkie życie nie ograniczał się do magii. I nie chodzi tu wyłącznie o megalityczne budowle sprzed tysięcy lat, ale o poszukiwania kamienia filozoficznego, który miał zmieniać metale w złoto. W czasie prób jego uzyskania Johann van Helmont odkrył naturę gazów, a Johann Böttger otrzymał pierwszą w Europie białą, twardą porcelanę. Bo kamień, choć martwy, jest motorem postępu.


Zuzanna Grębecka
fot. shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 9/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020