Koń terapeuta

Gdy zwrócimy mu wolność, on pokaże nam drogę do naszej wolności. Koń zostanie naszym terapeutą. I nie chodzi o klasyczną hipoterapię, leczenie niesprawnego ciała, ale o ukojenie duszy!

Koń terapeutaZazwyczaj wiemy o nim niewiele. Że jest silny, czujny. I wrażliwy. To wszystko prawda. Ale zapomnieliśmy o czymś najważniejszym. O magii. Intuicji. Szóstym zmyśle. A przecież właśnie w tym koń jest prawdziwym mistrzem.

Jego zdolność przewidywania przyszłości i odkrywania ukrytej prawdy znano już w starożytności. A plemiona słowiańskie, dzięki świętemu ogierowi, czyli koniowi, który żył wolno przy świątyni, i na którym nie można było jeździć, wybierały nowego wodza. Kandydaci stawali w półkolu, tuż przed sobą wbijali włócznię. Koń, puszczony wolno, chodził w kręgu. Ten wojownik, przy którym stał najdłużej i którego włóczni dotknął, zostawał nowym przywódcą.

To nie przesąd. Nie zabobon. Konie, jako zwierzęta uciekające przed niebezpieczeństwem, umieją prawidłowo odczytywać sygnały dochodzące z otoczenia, bo to zapewnia im przetrwanie. Z odległości kilku metrów wyczuwają bicie ludzkiego serca, i są niezwykle wyczulone na spójność wewnętrzną człowieka.

Kiedy udajemy radość, ale tak naprawdę jesteśmy smutni, koń do nas nie przyjdzie: uzna nas za niewiarygodnych. Gdy przyjmiemy postawę obojętną, ale w środku będzie nas skręcać ze złości, koń to odkryje. Święty ogier wybierał więc człowieka najbardziej autentycznego, spójnego, niekryjącego w sobie mrocznej tajemnicy. Koń zawsze widział więcej. Wciąż widzi. Ale żeby mógł dzielić się z nami tą wiedzą, musimy zwrócić mu wolność. Zniewolony nie stanie się naszym terapeutą, bo sam cierpi.

reklama

Konie chcą nam powiedzieć coś więcej
Berenika Bratny biegle czyta w języku koni. Nic dziwnego. To całe jej życie. Rodzice, którzy uprawiali jeździectwo, posadzili ją na końskim grzbiecie w wieku pięciu lat, przypieczętowując jej los. Została trenerką, założyła stadninę, wyprowadziła się z Warszawy. Od 15 lat mieszka na Mazurach. – Od dwóch lat nie jeżdżę już konno – mówi, gdy prowadzi mnie przez łąkę w lipcowym upale. Szerokim gestem pokazuje mi 16 swoich koni, które nieskrępowane siodłem i ogłowiem, pasą się wolne niczym dzikie tarpany. – Zrozumiałam, że nie można kogoś kochać, a jednocześnie więzić go i zniewalać.

Z Marią Szczuką, psychoterapeutką, prowadzą specyficzną terapię, w której uczestniczą wolne konie. Zapoczątkowała ją Amerykanka, Linda Kohanov. Kupiła klacz arabską, bo chciała na niej rekreacyjnie jeździć. Ale klacz okulała, nie można jej było siodłać. Linda zaczęła więc wychodzić z nią na spacery. Patrzyła jej w oczy, dotykała. Zaczęły się między nimi rodzić subtelne, emocjonalne więzi. Koń niemal czytał jej w myślach, dawał znaki, które bez trudu rozszyfrowywała. Wtedy Linda zrozumiała, że konie, od stuleci bezwzględnie wykorzystywane do ciężkich prac, w kopalniach, na wojnach, w szkołach jeździeckich, chcą nam powiedzieć coś więcej. I cierpliwie czekają, aż w końcu to zrozumiemy. Wykorzystując swoje wieloletnie doświadczenie, napisała książkę „Tao of Equus”. Opisała w niej nową metodę kontaktowania się z końmi, która jest jednocześnie terapią.

– Trochę się obawiała, że ludzie, kiedy to przeczytają, wezmą ją za wariatkę – opowiada Berenika. – Twierdziła, że kontaktował się z nią duch wszystkich koni, ktoś w rodzaju archetypu tych zwierząt, który powierzył jej zadanie uświadomienia ludziom roli, jaką mogą one odegrać w ich życiu. Tymczasem dostała setki listów od osób, które doświadczyły z końmi metafizycznych przeżyć.

Koń nie jest po to, by na nim jeździć
– Gdy spadłam z konia, on nie odszedł – mówi Berenika. – Dotknął mnie delikatnie, martwił się, czy nic mi się nie stało. Wiedział, że znów na niego wsiądę i przysporzę mu bólu szarpaniem wędzidła. Ale stał przy mnie, nie uciekał. Bo kocha. Berenika nie od razu to zrozumiała. Musiała przejść klasyczną drogę jeźdźca, któremu wbito do głowy, że koń jest po to, by na nim jeździć. Że trzeba mu najpierw złamać charakter i ułożyć, żeby dopiero potem okazywać uczucie. Przełom nastąpił, gdy spod Pisza przeprowadziła się do Radzi, niedaleko Ełku. Konie zaczęły chorować na dziwne choroby. Weterynarze rozkładali ręce. Zaczęła się więc uważnie przyglądać zwierzętom. Czytała angielskie opracowania i książki, bo w Polsce o wolnych koniach jeszcze się nie słyszało. Gdy wypuściła je z boksów, w magiczny sposób wyzdrowiały.

– Nie potrzebowałam więcej dowodów – mówi Berenika. – To chorowały ich dusze. Zaglądamy do stajni. Jest pusta. Wielka przestrzeń, bez wydzielonych boksów. Konie są na pastwisku. Jak kiedyś, w dzikich stadach, wytworzyły się tam rodziny, przyjaźnie, miłości.

Źródło: Wróżka nr 9/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube