Malarka aury

Regina Sidorkiewicz widzi i uzdrawia ludzkie aury. Maluje ich portrety i łamie kody, które skrywają tajemnice poprzednich wcieleń. Dzięki temu ludzie odzyskują równowagę, harmonię i zdrowie.

Człowiek skąpany w kolorach to dla Reginy Sidorkiewicz zwyczajny widok. Świetliste kręgi, smuga światła ciągnąca się od środka głowy aż do nieba, barwne spirale talentu i tęczowe poświaty w okolicy ważnych narządów ogląda codziennie.

Od dziecka widziała więcej, ale bała się o tym mówić, bo na lubuskiej wsi, kiedy tylko wspomniała coś o kolorach otaczających ludzką głowę, zaraz się ktoś z przerażeniem żegnał. Milczała więc i tylko, pasąc krowy, z zachwytem patrzyła w niebo. Na samoloty. Niedaleko pastwiska był bowiem radziecki poligon wojskowy.

Dziewięć lat później usiadła za sterami szybowca. Z góry światła wyglądały jeszcze piękniej. Na kolejnych, obowiązkowych badaniach okresowych bąknęła coś psychologowi o feerii barw, i tej jasnej poświacie, która... – Jeszcze raz powiedz, co widzisz, a nie przedłużę licencji! – nie dał jej dokończyć. I prychnął: – Fantasmagorie! Pilot musi być trzeźwym realistą, a nie jakimś jasnowidzem!

Regina Sidorkiewicz widzi i uzdrawia ludzkie auryMyślałam: co za czary
Zamknęła się w sobie na kolejnych dziesięć lat. Ale nie w domu. Podróżowała. – Jeździłam pociągami przyjaźni, gdzie się dało. Zwiedziłam Syberię, byłam za Uralem, w Taszkiencie – śmieje się. Na Syberii poznała wielu różdżkarzy, bioenergoterapeutów. Pewnego dnia obudziła się z potwornym katarem. – Wtedy jeden z uczestników wycieczki podszedł do mnie i zrobił tuż przy mojej twarzy kilka dziwnych ruchów – opowiada. – Katar minął. Byłam zdumiona! To był Polak, Jan Krawiec, bioenergoterapeuta, który dotąd nie ujawniał się ze swoimi zdolnościami. Spotkanie z nim okazało się moim błogosławieństwem. Kilka lat później uratował moje dziecko.

reklama

Gdy Regina dobijała trzydziestki, na jej palcu błyszczała obrączka, a na świecie były już jej dwie córki. Jedna z nich, Kasia, wtedy dziewięcioletnia, zachorowała na przewlekłe zapalenie ucha środkowego. Potwornie cierpiała. Lekarze nie dawali wielkich nadziei: „Jeśli po zabiegu pożyje rok, to niech się pani cieszy”. I wtedy znów spotkała Jana Krawca. Spytał, dlaczego jest smutna. – Moje dziecko umiera – powiedziała. A on na to: – Przecież mogę ci pomóc! Przyjadę do ciebie!

Regina była sceptyczna, ale zgodziła się, nie miała nic do stracenia. – Czułam się, jakbym uczestniczyła w bzdurnym przedstawieniu – opowiada. – Moja córka leżała na kanapie, bioenergoterapeuta trzymał nad nią wahadło, do którego przywiązał cienki sznurek. Końcówkę tego czarnego, specjalnego sznurka miałam umieścić w łazience w umywalce pod bieżącą wodą. Myślałam: co za czary! Ale kiedy Jan zapytał mnie, czy wezmę ból dziecka, a ja poczułam przeszywające mi głowę potworne cierpienie, a potem usłyszałam z salonu pełen błogości i ulgi jęk Kasi, nie mogłam nie uwierzyć! Ból czułam przez kilka sekund, był obezwładniający. Tak cierpiała moja córka przez dwa tygodnie, dzień i noc. I ból, i chorobę bioenergoterapeuta zneutralizował. Operacja okazała się zbędna. To była przełomowa chwila. Regina wróciła do świata, przed którym się na lata zamknęła. Już się nie wstydziła tego, że widzi aurę. Chciała kształcić w sobie tę umiejętność.

Zrezygnowała z dotychczasowej pracy w budownictwie i poszła na polonistykę. Równocześnie rozwijała umiejętności radiestezyjne oraz widzenie aury. – Jeździłam na kursy, warsztaty, czytałam książki. Moja praca magisterska („Elementy psychotroniki w kształceniu literackim dzieci”) zrobiła na kilku osobach ze środowiska naukowego wielkie wrażenie – mówi, nalewając mi specjalnie gotowaną kawę, do której podała miód, i zachęca, bym wlała go spiralnym ruchem, co podniesie energię napoju.

– Umiałam coraz więcej, rozumiałam coraz więcej. Na moim pierwszym wykładzie pod koniec lat 80. – wówczas doc. Tadeusz Bogumił z Warszawy zaproponował mi wystąpienie w Domu Kultury na Mokotowie – trzęsłam się z nerwów jak galareta. Bałam się mówić do szerszej publiczności. A potem zrobiłam pierwszą publiczną diagnozę: pani w jasnym sweterku (jasne tło pomaga w czytaniu kolorów) powiedziałam o barwach, jakie ją otaczają i wytłumaczyłam, co one znaczą. Wymieniłam urazy, jakich doznała, i schorzenia, jakie mogą się jej przytrafić, ze względu na zmieniony kolor aury w okolicy konkretnych narządów. Była zaskoczona. Przyznała, że jest emerytowanym chirurgiem, i wszystko, co powiedziałam o jej fizycznych ułomnościach, to prawda. I ustawiła się kolejka chętnych. Diagnozy stawiałam do nocy.

Aura chroni jak anioły
– Czym jest aura? – pytam jedną z najlepszych w Polsce specjalistek od aury, autorkę trzech książek związanych z tą tematyką. Siedzimy w jej małym, zadbanym, angielskim ogródku, z którego nie usuwa mlecza, bo przecież można dodać go do sałatki. W kącie kwitną hortensje, róże, rośnie pokrzywa i jaskółcze ziele, szczypior, ogórki. Pachnie gotowana w tygielku kawa. Regina się uśmiecha. – Aura jest subtelną, barwną poświatą – tłumaczy. – Otacza nas jak mgła, chroni jak anioły. Przenika ciało fizyczne i sięga wysoko poza nie. A barwa i świecenie ma bezpośredni związek ze stanem energetycznym, ze stanem zdrowia. Pod wpływem pozytywnych uczuć, myśli, miłości i piękna aura staje się jaśniejsza, świetlista, bardziej kolorowa. Składa się z wielu warstw: subtelnych ciał, a także czakr, czyli bram, przez które energia kosmosu napływa do naszych organizmów.

Źródło: Wróżka nr 8/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020