Matczyna miłość „na dziko”

W październiku – dokładnie 25 października 1980 roku – urodziła się moja córka Marta. Szary i odrapany szpital na ulicy Inflanckiej rozświetliła mi gwiazda. Prawie betlejemska.

Matczyna miłość „na dziko”W latach 80. macierzyństwo traktowano jak wielkoprzemysłową hodowlę kur. O tej godzinie karmić, o tamtej poić i gasić światło o ósmej. „Nowoczesne” matki miały karmić dziecko Bebikiem, a nie piersią i bardziej interesować się Festiwalem Piosenki Radzieckiej niż płaczem maleństwa.

Na szczęście moja mama nie podzielała dwu ostatnich opinii, ale co do „hodowli” była bardzo nowoczesna – dziecko ma jeść o określonych porach, musi popłakać (choć tu tylko w słowach, bo wnuczkę brała w objęcia przy pierwszym skrzeku), no i oczywiście higiena. Nie ma mowy o wspólnym spaniu, zbyt bliskim chuchaniu, a całować najlepiej w nóżki.

Mimo iż tłumaczyłam: „Mamo, a skąd ona wyszła?”, łamała ręce nad moim sposobem „chowu” córki. Karmiłam na żądanie, spałam z noworodkiem, a jak nie spałam, to nosiłam go w szalu po prababci. Wtedy nikt jeszcze nie słyszał o specjalnych chustach do noszenia dzieci. Jak się potem okazało, robiłam to, co dziś jest normą.

Dziwi mnie, że trzeba było lat, aby matki poszły po rozum do głowy. Daleko nie miały, a przecież w niej jest wszystko. Nie są potrzebne instrukcje obsługi noworodka. Ta jedyna ważna i wspólna wszystkim ssakom jest zapisana w genach. Moja matczyna mądrość pochodziła nie tylko z wewnętrznej potrzeby. Już jako mała dziewczynka mogłam obserwować ssacze macierzyństwo.

reklama

Widziałam, jak mysz troszczy się o różowe golaski. Jak suczka nie odstępuje na krok nieporadnych szczeniąt. Moja Wiwa nie chciała nawet wychodzić na spacer. Czule ogrzewała tłuste kluski i pozwalała się ssać, gdy tylko miały na to ochotę. Jeśli płakały, była gotowa oddać życie za ich spokój. Nie przyszłoby jej do głowy powierzyć dziecko mamce lub zostawić samo w zimnym łóżeczku. Każda ssacza matka jest po to, by chronić dziecko. Być na każde piśnięcie – to jedyny dostępny noworodkowi sposób przywołania tej, bez której nie ma żadnych szans. Zwierzęce rodzicielki bronią gniazda przed każdym intruzem. Zależnie od gatunku, dopuszczają ojca, czasem siostrę lub babkę. Muszę się przyznać, że też obawiałam się „obcych”.

Gdy teściowie przyszli obejrzeć wnuczkę, nie wpuściłam ich do pokoju, gdzie spał mój skarb. Patrzyli na mnie jak na wariatkę, a ja po prostu czułam lęk suczek, kotek i myszy. Powolutku uczyłam się ufać, że nie tylko moje ręce są przyjazne dziecku. Tak samo jak nieżyjąca już suczka Punia. Gdy urodziła pierwsze dzieci, zmieniła się w lwicę. Minilwicę, bo była pekińczykiem. Dwie psie „ciotki”, Żunia i Dunia, koniecznie chciały zajrzeć do koszyka, ale Punia donośnie mówiła: „NIE!”. Pierwszego dnia było jak ostrze noża. Drugiego trochę się stępiło, a trzeciego zabrzmiało jak „proszę”. I tylko tyle wystarczyło, aby cioteczki wyżyły się macierzyńsko. Obie dostały mleka i karmiły maleństwa na zmianę. Punia pilnowała, aby było sprawiedliwie. Przecież sama też musiała dać coś z siebie.

Można sobie wyobrazić, jak wyglądały szczenięta. Przypominały raczej buldogi, a nie pekińczyki. Były tak grube, że chodzić nauczyły się tydzień później, niż przewiduje norma. Tego nie polecam ludzkim matkom, ale radziłabym „zapatrzyć się” na zwierzęce macierzyństwo. Szczególnie wtedy, gdy ktoś powie: „Niech sobie popłacze, będzie mieć mocniejsze płuca”.

Kiedyś oburzało mnie, gdy widziałam, jak matka oblizuje smoczek przed włożeniem do dziecięcej buzi. Tymczasem okazało się to swoistą szczepionką przeciw próchnicy. Zwierzęta żyją ze swoim potomstwem w dużej bliskości. Są pierwszym światem, z jakim styka się noworodek. Światem bezpiecznym, bo znanym jeszcze sprzed urodzenia. Dzięki temu młody organizm poznaje najpierw niegroźne mu drobnoustroje. Jego układ odpornościowy wdraża się w pracę, która pozwoli dożyć sędziwego wieku.

Czasem naprawdę warto zachować się jak zwierzęta i posłuchać własnego instynktu. Co prawda, zgnębionego „wytycznymi” z poradników i mediów, ale i tak najlepszego ze znanych mi doradców. Szczególnie w tej dziedzinie. Jest w nas wpisany od dnia, gdy na Ziemi pojawił się pierwszy ssak. 


Dorota Sumińska
doktor weterynarii,
prowadzi w radiu i telewizji popularne programy o zwierzętach
fot. Elżbieta Socharska

Źródło: Wróżka nr 10/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020