Niech żyje śmierć?!

Nie wszędzie śmierć oznacza koniec. W Meksyku, na indonezyjskiej wyspie Celebes i na Madagaskarze dopiero wtedy zaczyna się życie pełną piersią.

Dia de los MuertosZmarli nie umierają na zawsze – tłumaczył mi Alvaro Gonzales, który oprowadzał mnie po zaułkach meksykańskiego miasta Oaxaca. – Co roku, na początku listopada, wracają na ten świat. Dlatego nie opłakujemy ich, lecz bawimy się za nich i… – tu na chwilę zawiesił głos – z nimi.

Z balkonów wychylały się szkielety, na straganach sprzedawcy namawiali do zakupu czaszek, po ulicach biegały dzieci wymachujące piszczelami. Na cmentarzu zaś przygrywała orkiestra, a obok nagrobków stały włączone telewizory – to żywi oglądali ze zmarłymi mecz piłki nożnej. Choć wiedziałem, że w Meksyku futbol to religia, a czaszki i kości zrobiono z cukru i ze słodkiego ciasta, to mimo to w dniu Wszystkich Świętych czułem się w Meksyku nieswojo.

UNESCO uznało obchody Dia de los Muertos za wyjątkowe dziedzictwo kulturowe ludzkości, lecz ja – przyzwyczajony do nastroju skupienia, jaki towarzyszy temu świętu – nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jestem świadkiem czegoś nieprzyzwoitego...

reklama

Fiesta ze zmarłymi

Ale Meksyk to kraj katolicki i nikt tu nie myśli o znieważaniu zmarłych. Wszyscy okazują im szacunek i troszczą się o ich pośmiertne losy. Tyle że zupełnie inaczej niż w Polsce. W Meksyku prekolumbijskie wierzenia wymieszały się z przywiezionym przez Hiszpanów chrześcijaństwem. Indianie czcili boginię Mictecacihuatl, władczynię królestwa umarłych. Od niej zależały pośmiertne losy człowieka. Chcąc pomóc zmarłym bliskim, składano jej ofiary – kukurydzę, fasolę, zwierzęta, ale też… jeńców. Czaszki i szkielety, które po tym pozostawały na ołtarzach, nie budziły jednak przerażenia. Przeciwnie, dawały nadzieję, że udobruchana darami bogini zaopiekuje się duszami, które trafiły do jej królestwa.

Chrześcijańscy misjonarze zakazali krwawych ofiar, nawrócili Indian na nową religię, ale nie zdołali wykorzenić wszystkich obyczajów. Nadali im więc nowy sens. Podobnie działo się w wielu zakątkach świata, również w Polsce. Dziś już mało kto zdaje sobie sprawę, że tradycję palenia na grobach zniczy przejęliśmy po pogańskich praprzodkach. Według ich wierzeń, późną jesienią, gdy opadały ostatnie liście i przyroda zamierała, dusze zmarłych wracały na ziemię.

Obowiązkiem żywych było je ugościć, ogrzać i nakarmić. Aby trafiły do domu, na cmentarzu i rozstajach dróg rozpalano ogniska. Dziś wciąż palimy światła. Choć już w innej intencji i w innej formie – zniczy. W Meksyku przetrwała inna przedchrześcijańska tradycja – spotkań ze zmarłymi wśród symboli kojarzących się ze śmiercią – czaszek, szkieletów czy ciast w kształcie kości.

Zjedz swoją śmierć

Przygotowania do meksykańskiej fiesty ze śmiercią zaczynają się już w połowie października. Przybywające z zaświatów dusze należy przywitać jak dostojnych gości. W domach i na cmentarzach zaczyna się więc wielkie sprzątanie. Cały Meksyk tonie w pomarańczowych aksamitkach, które nazywa się tu kwiatami zmarłych. Domy kultury i parafie ogłaszają konkursy na „najlepsze przedstawienia śmierci”. Na balkonach stają kościotrupy w fantazyjnych sukniach i sombrerach, na sklepowych wystawach „wyrastają” trumny i cmentarze. Zewsząd krzyczą napisy: „Poznajesz mnie?”, „Już wkrótce!”, „Czekam na ciebie”.

Handlarze prześcigają się w pomysłach na zarobek. Do cukrowych czaszek i „chleba umarłych”, jak nazywa się wypieki w kształcie piszczeli (pokryte białym lukrem, wyglądają jak prawdziwe kości!), dołączają ozdobne karteczki z imionami. – Znajdź swoje imię, kup czaszkę i zjedz swoją śmierć – zachęcał jeden ze sprzedawców. Inny oferował „akty zgonu” z informacją, że denat zmarł z powodu przedawkowania tequili, nieszczęśliwej miłości albo zbyt częstych wizyt w domu publicznym. – Wpisz nazwisko kolegi i daj mu w prezencie – namawiał, ale jakoś nie mogłem się przełamać.

Obchody Wszystkich Świętych po meksykańsku to nie tylko makabryczne żarty. Pod rozrywkową maską mają też całkiem „normalne” (czytaj poważne) oblicze. W domach przygotowuje się ołtarzyki dla dusz. Na ścianie wiesza się obrazy świętych i Matki Boskiej, a pod nimi ustawia stół nakryty białym obrusem. Na nim Meksykanie rozkładają talerze z ulubionymi potrawami zmarłych (ofrendas), ich zdjęcia, świeczniki, kadzidło, w którym zapłonie wonna żywica, wazony z aksamitkami i – koniecznie – szklankę wody, bo po dalekiej podróży dusze są spragnione.

Wieczorem, w wigilię Dia de los Muertos, we wszystkich kościołach biją dzwony. To wezwanie na ostatnią mszę, ale ludzie odczytują je jako zapowiedź przybycia dusz. Te schodzą się falami. Pierwsi, w nocy z 31 października na 1 listopada, zjawiają się zmarli nagłą lub tragiczną śmiercią. – Nie byli przygotowani na odejście, więc nie wiemy, czy pogodzili się ze swym losem. Dlatego trudno przewidzieć, jak się zachowają… – tłumaczył Alvaro. Meksykanie wierzą, że duchy te mogą być niebezpieczne. Unikają więc kontaktu z nimi. Naczyń z darami nie stawiają im na ołtarzykach, lecz przed drzwiami. By dusze się posiliły, ale nie przekraczały progów domostwa.

Źródło: Wróżka nr 11/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020