Wirginia z siana

Kiedy babka pytała matkę Wirginii o ojca jej dziecka, nigdy nie otrzymała odpowiedzi. Ale pracownicy cyrku wiedzieli: Wirginia jest z siana. Nikt nie wiedział, skąd się wzięło to powiedzenie, ale przylgnęło do dziewczyny raz na zawsze.

Wirginia jest z siana. Nikt nie wiedział, skąd się wzięło to powiedzenieKawiarnię na placu obok parku Wirginia uważała za nieszczęśliwą. Ilekroć umawiała się tam z koleżanką, zawsze czekała, bo koleżanki z jakichś powodów się spóźniały. Kiedy miała 15 lat, zakochała się pierwszą miłością w chłopaku z klasy. Był ulubieńcem nauczycieli. Przystojny, dobrze się uczył. Widział, że Wirginia patrzy w niego jak w obraz, lecz on – syn biznesmena, ona – dziecko sprzątaczki w cyrku, nie było im po drodze. Ale któregoś dnia rzucił od niechcenia: – Może byśmy się spotkali w czwartek w kawiarni przy parku?

Nie śmiała powiedzieć, że to niedobre dla niej miejsce. Zresztą była na to zbyt szczęśliwa. Pożyczyła od matki sukienkę. Miały jednakowe figury. Czas dłużył się jak guma, nie mogła się tego czwartku doczekać, każdy dzień wydawał się torturą. Weszła do kawiarni z bijącym sercem. Chłopak nie przyszedł. Po godzinie czekania powiedziała sobie: już nigdy nie upokorzy mnie żaden mężczyzna.

Od tego dnia zaczęła się uczyć jak szalona. Nauka przychodziła jej z łatwością. Miała mózg jak klisza fotograficzna. I to ona, a nie chłopak, w którym się kochała, zdobyła jedną z najlepszych lokat na olimpiadzie matematycznej.

Ona – córka sprzątaczki, bez korepetycji, bez żadnej pomocy. Olimpiada była biletem wstępu na studia. Złożyła papiery na prawo, a także organizację i zarządzanie, i została przyjęta. Postanowiła studiować oba kierunki. Wkrótce nauczyciele powiedzieli: ta dziewczyna ma talent do nauki i talent do pracy. Dostała stypendium naukowe. Wszystko szło pomyślnie. Mieszkała z koleżanką w wynajętym pokoju za miastem. W akademiku nie potrafiła się uczyć. Musiała mieć do tego spokój i idealną ciszę.

reklama

Znów mnie ktoś upokorzył

Któregoś dnia koleżanka, z którą mieszała, poprosiła ją, żeby wzięła ze sobą także jej stypendium. Była strachliwa, jeszcze jej ktoś wyrwie torebkę i nie będzie miała za co przeżyć miesiąca. Spotkają się więc w kawiarni przy placu, w środku drogi między uczelnią i domem, i wrócą razem.

Wirginia ze strachem patrzyła w okna kamiennych ścian kawiarni. Zawsze musiała się przemóc, żeby do niej wejść. Ale coś ją do tego miejsca za każdym razem ciągnęło. Usiadła przy stoliku obok wielkiej draceny i po chwili spostrzegła się, że siedzi na tym samym krześle, na którym czekała na chłopaka. Wstała i przez chwilę rozglądała się, czy nie ma innego wolnego. Ale wszystkie były zajęte. Zamówiła kawę. Koleżanka się spóźniała. Sięgnęła po chusteczkę do torebki i z przerażeniem zobaczyła, że nie ma w niej portmonetki. Podeszła do kelnerki i powiedziała, że zginęły pieniądze – stypendium jej i koleżanki. Odeszła tylko na kilka sekund od stolika i pewnie wtedy się to stało.

Kelnerka spytała głośno gości w kawiarni, czy może ktoś coś wie o zagubionych pieniądzach. To ważna sprawa, bo chodzi o stypendium. Dziewczyny są studentkami. Ale nikt niczego nie widział. Zapadła cisza, a po chwili Wirginia usłyszała nawet kąśliwe uwagi. Rozpłakała się. Musiała wyjść na zewnątrz, nie chciała robić z siebie widowiska. Usiadła na kamiennym murku, wciąż wstrząsana szlochem. Ktoś stanął za jej plecami.

– Panienko – powiedział – tu jest pani portmonetka. – I rzucił jej na kolana niewielki przedmiot. Odwróciła się. Zobaczyła wysoką sylwetkę i wijące się śmiesznie przy uszach szpakowate włosy. Mężczyzna szybko szedł w stronę parkingu. – To nie jest moja portmonetka! – krzyknęła Wirginia. Zaczęła biec za mężczyzną. Z parkingu przed kawiarnią z piskiem ruszyło auto. Otworzyła portfel. W środku była suma kilkakrotnie przewyższająca oba stypendia. Znów mnie ktoś upokorzył – pomyślała. Przez wiele miesięcy naklejała w pobliżu kawiarni karteczki, prosząc pana, który zostawił jej portfel, o telefon.

Powiesz mi, kto jest moim ojcem?

Zadzwoniła matka. Kiedyś nie miała telefonu – mówiła, że nie jest jej potrzebny. Powiedziała, że przyjechała do miasta na badania. Skierował ją lekarz z miasteczka, w którym mieszkała w cyrkowej przyczepie. Cyrku dawno już nie było, ale przyczepy pozostały. Był to chyba drugi w życiu jej matki przypadek, że przyjechała do miasta. Jeździła z cyrkiem po wielu miejscowościach, ale nigdy nie wychodziła z przyczepy.

Wirginia powiedziała, że ma pilne wykłady i prosiła, żeby matka przyjechała taksówką. Gdzie? Do kawiarni przy placu parkowym. Może się spotkać tylko tam. Matka była blada i wychudzona. Badania wykazały raka z przerzutami. Nie ma szans, żeby z tego wyjść, pogodziła się. Nie chce żadnej chemii. Jej matka umarła na to samo i chemia w niczym jej nie pomogła. – Czy teraz, skoro zadecydowałaś, że nie chcesz się leczyć, powiesz mi, kto jest moim ojcem? – spytała Wirginia. To było wieczne pytanie do matki: Kim jest mój tato? W cyrku były kiedyś konie i wożono dla nich magazyn z sianem. Kiedy babka pytała matkę Wirginii o ojca małej, nigdy nie otrzymała odpowiedzi. Ale pracownicy cyrku ją znali: Wirginia jest z siana. To powiedzenie przylgnęło do dziewczyny raz na zawsze.

Źródło: Wróżka nr 10/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl