Rybka to nie mebel

Raz w roku, przed Wigilią, przypomina się nam, że karp, póki żyje, czuje. Na akwariowe rybki gapimy się cały rok – w biurach, sklepach, restauracjach. Ale nie widzimy, że często cierpią.

Akwariowe rybki często bardzo cierpią!Według feng shui, starożytnej chińskiej sztuki planowania przestrzeni, akwarium miało sprzyjać bogactwu. Dlatego znajdziemy je w niemal każdej chińskiej czy wietnamskiej restauracji. – I to są właśnie te najgorsze akwaria, po prostu makabra – denerwuje się akwarysta Artur Głupczyk. I gwoli sprawiedliwości dodaje, że nie spotkał w Polsce ani jednego dobrze prowadzonego akwarium w miejscu publicznym. Przykładów tych zaniedbanych ma za to co niemiara. – W krakowskim McDonaldzie było piękne, ale po trzech miesiącach zostało zapuszczone. Tak samo stało się na lotnisku w Balicach. Byłem tam kilka razy i dopiero po rozmowie z rzecznikiem prasowym nastąpiła poprawa.

Opieka z doskoku

Artur Głupczyk należy do tych wrażliwców, którzy wierzą naukowcom twierdzącym, że ryby, choć nie mogą zaskomleć jak pies na łańcuchu, cierpią tak samo. W swojej internetowej telewizji www.tvaqua.pl zamieszcza krótkie filmy z różnych akwariów w Polsce, a gdy ich mieszkankom dzieje się krzywda – interweniuje. Jego zdaniem nawet te akwaria, na które wydano ogromne pieniądze, bo miały nie tylko cieszyć oczy, ale też świadczyć o prestiżu właściciela, często są zaniedbane.

– Jest wiele akwariów, w których ryby są nieetycznie przetrzymywane – zgadza się z nim Michał Pietruszka, akwarysta i serwisant akwariów. – Widuję takie w hotelach, szpitalach, restauracjach i nie nazywam ich akwariami, lecz zbiornikami z wodą. Akwarium ma dodawać życia wnętrzu, a to są miejsca do umierania. Ileż widziałem akwariów bez grzałek albo z grzałkami wyłączonymi... 

reklama

Czasem i niewprawnemu oku wystarczy uważnie przyjrzeć się akwarium, by wypatrzyć coś niepokojącego. Nawet jeśli nigdy nie miało się własnych rybek, codziennie oglądając je w pracy, można zauważyć, że coś się zmieniło. Jakie sygnały powinny nas zaniepokoić? – Ryby są apatyczne, powolne, nie pływają. Mogą leżeć na boku, być spuchnięte albo chować się po kątach – wylicza Michał Pietruszka. – Z kolei gdy wszystkie zbierają się tuż pod powierzchnią wody i pozostają tam przez cały dzień, to prawdopodobnie brakuje im tlenu.

W zapuszczonym akwarium są glony na szybach lub dekoracjach i pełno odchodów ryb. Woda jest mętna, pojawia się osad na tafli. Wskaźnikiem są też rośliny – mogą być zgniłe, pożółkłe, mogą odpadać z nich liście. Rybom w akwarium zagrażają również inne zwykłe codzienne „niebezpieczeństwa”, jak choćby wyłączenie prądu czy zmiana chemii wody w miejskich rurociągach. – Jeśli prądu nie będzie ponad trzy godziny, to w filtrach umrze flora bakteryjna oczyszczająca wodę ze szkodliwych substancji – tłumaczy Michał Pietruszka. – Jeżeli nie wezwiemy pomocy, akwarium zacznie powoli umierać.

A wykwalifikowanych „ratowników” pod ręką zazwyczaj nie ma. Bo akwariami w miejscach publicznych często opiekują się firmy wprawdzie profesjonalne, ale zewnętrzne. Oznacza to zazwyczaj wizytę „pana od rybek” co kilka tygodni – zazwyczaj stanowczo za rzadko. – Zasada jest taka, że im większe akwarium, tym mniej nad nim opieki – mówi Michał Pietruszka. – 300–litrowe wymaga comiesięcznego zaglądania, ale niektórzy klienci chcą, abym przychodził co trzy miesiące albo jeszcze rzadziej. Wtedy odmawiam. Wolę czasem powiedzieć: Nie macie czasu na opiekę nad rybami, nie macie funduszy, to proszę nie zakładać akwarium. Ryby to wrażliwe stworzenia. Po co je męczyć?  

Niestety, niektóre firmy biorą takie fuchy. Wpadają co kilka miesięcy, wymieniają wodę, sprawdzają, czy działają wszystkie urządzenia. Wydaje się, że to wystarcza, ale często takie akwaria powoli obumierają. Dlatego jeśli widać jakiekolwiek złe oznaki, trzeba Pana Rybkę wezwać nadprogramowo, w trybie pilnym. Tylko ktoś musi dostrzec zagrożenie i poinformować o tym szefa. A szef musi okazać empatię, bo dodatkowa wizyta fachowca to przecież dodatkowy koszt.

Czy jest możliwy kompromis między interesem firmy i interesem ryb? Tak, zwłaszcza gdy myśli się o tym już zakładając akwarium. – Jeśli nie mamy dużych środków, dobierajmy gatunki niesprawiające dużych kłopotów. Bezpieczniej jest też nie mieszać zbyt wielu – radzi Artur Głupczyk. – Dobierając ryby, nie można kierować się tylko tym, które się nam podobają. Najlepiej, żeby były z jednakowego środowiska, na przykład z Amazonii. Bo jedna ryba lubi wodę chłodną i zasadową, a druga ciepłą i kwaśną. W innej się męczy – podkreśla Michał Pietruszka.

Tymczasem w biurach głównym kryterium jest wygląd. Akwaria są przepełnione, bo ładniej się prezentują, gdy pływa dużo ryb. Tymczasem na centymetr rybiego ciała powinien przypadać litr wody. Rzadko ktoś tego pilnuje. Na dodatek ryby mają być różne, kolorowe i duże. – I najlepiej podobne do rekina – dorzuca z sarkazmem Artur Głupczyk. Z tego powodu modny jest sum rekini (Pangasius hypophthalmus). Tak naprawdę jednak to najzwyklejsza panga – ryba hodowana na skalę przemysłową w rzece Mekong. Niezbyt smaczna panga zdobyła więc nie tylko polską kuchnię, ale również akwaria. – Dość szybko rośnie, nawet do 1,5 metra. Tak naprawdę to ona właściwie się nie nadaje do akwarium – zastrzega Głupczyk. – No i jest bardzo łakoma.

Źródło: Wróżka nr 12/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020