Szaleństwo we dwoje

W „Pokoju hotelowym” Edwarda Hoppera rozgrywa się dramat. W głowie, w sercu, w całym ciele kobiety. Wiadomo, kim była: to Josephine Nivison-Hopper. Żona artysty, jego modelka, sekretarka i... ofiara.

Edward Hopper „Hotel Room”, 1931, olej na płótnie, Museo Thyssen-Bornemisza, MadrytHotelowy pokój oświetlony jest ostrym światłem żarówki. Na pościeli siedzi kobieta w bieliźnie. Przy niej – neseser podróżny, niedbale rzucone pantofle. Na pozór zajęta jest lekturą, ale jej wzrok spoczywa na… rękach, udach. A może w ogóle przymknęła powieki i nie patrzy na nic? Twarz skrywa cień, dokładnie oświetlony jest tylko tył głowy, wygładzona fryzura i zgarbione plecy. Jej ramiona przygniatają niewesołe myśli; ciąży ciało i sytuacja, w jakiej się znalazła.

Obraz powstał ponad 80 lat temu, ale każdy, komu było dane zamieszkać w tanim, pozbawionym charakteru hotelu w obcym mieście, może poczuć się właśnie tak jak jego bohaterka. Bo „Pokój hotelowy” Edwarda Hoppera, tak jak inne jego obrazy, przenika trudno uchwytna cecha współczesności – smutek wielkich miast.

Samotność wśród tłumów, ubóstwo w bogactwie. Izolacja od innych nie z wyboru, lecz ze strachu, z powodu doznanych urazów, kompleksów. W tym z pozoru spokojnym obrazie rozgrywa się jakiś dramat. W głowie, w sercu, w całym ciele kobiety. Choć nie widać dokładnie jej twarzy, wiadomo, kim była: to Josephine Nivison-Hopper. Żona malarza, ale też jego modelka, przyjaciółka, sekretarka i... ofiara.

Skąd wiemy, jakie były odczucia modelki? Otóż Josephine pisze pamiętniki. Okrutne w swej szczerości, obrazowo oddające tortury psychiczne, na jakie skazywało ją bycie z artystą.

reklama

Josephine i Edward poznali się na plenerze malarskim w Nowej Anglii. Obydwoje byli po czterdziestce. On prawie nigdy się nie odzywał. Wysoki, chudy, zamknięty w sobie. Ona była jego przeciwieństwem – żywa, ruchliwa, gadatliwa, zawsze otoczona grupką przyjaciół. Jo zakochała się w Eddiem, bo pociągali ją wysocy mężczyźni. Dlaczego Ed odwzajemnił jej uczucie? Kiedyś, podczas jednej z tysięcznych kłótni, kiedy wywrzeszczała, dlaczego ją poślubił, usłyszała: „Miałaś kręcone włosy, byłaś sierotą i mówiłaś po francusku”.

Ślub odbył się w 1924 roku. On zarabiał wtedy satyrycznymi rysunkami do gazet, ona publikowała ilustracje m.in. w „New York Tribune”, „The Evening Post” i uczyła w szkole. W tym samym roku ich obrazy pojawiły się na zbiorowej wystawie w Brooklyn Museum. Podobno Hoppera poleciła kuratorowi Jo. Po tej wystawie jego kariera rusza z kopyta; jej twórczość na zawsze zostaje w cieniu. 

Jo i Ed wystawili swoje życie na próbę, której nie wytrzymałaby chyba żadna para. Zanim mogli sobie pozwolić na kupno domu, przez kilka lat żyli w pozbawionej wszelkich wygód pracowni i prawie się nie rozstawali. Szybko dały o sobie znać różne temperamenty. Są momenty, kiedy Ed zachowuje się „jak prawdziwy goryl” – ciągnie ją za włosy, uderza nią o meble, niemal zabija. Ona też nie pozostaje mu dłużna, drapie go i tłucze. Każda błahostka staje się zarzewiem wojny, obrzucania obelgami i rękoczynów. Podczas 25. rocznicy ślubu Jo powiedziała, że oboje zasługują na „Croix de Guerre” (Krzyż wojenny), a on, że herbem ich rodziny powinien być wałek do ciasta.

Pierwszy większy zarobek Eda pozwala im kupić samochód, używanego dodge’a. On także staje się zarzewiem konfliktów – Ed nie zgadza się, by żona zrobiła prawo jazdy. A gdy ta najmuje instruktora i zdaje egzamin, stawia weto za każdym razem,
gdy chce sprawdzić w praktyce nabyte umiejętności (kiedyś nawet wywleka ją przez okno auta). Tak naprawdę chodziło o wybór plenerów. Decyzję, gdzie będą malować, czyli dokąd mają jechać, podejmował tylko Ed. Ale najbardziej bolało Jo, że Ed nigdy nie wspierał jej twórczości. Mówił, że ma „mały przyjemny talencik”, powtarzał, że wolałby, aby więcej gotowała, niż malowała. Jej malarskie wysiłki kwitował z zabójczą złośliwością: „Ja postrzegam świat z lotu ptaka, Josephine skłania się ku perspektywie robaczej”.

To nie znaczy, że nie mieli wpływu na swoje obrazy. Ed wziął z palety Jo jasne kolory, ona naśladowała jego styl. O ile jemu ta pożyczka pomogła, jej prace przestały być zauważane. Pogodziła się z tym. Nie mieli potomstwa, więc o obrazach Eda pisała jak o dzieciach. Swoje nazywała „poronionymi płodami”.

Dziennik zaczęła prowadzić miesiąc przed pierwszą indywidualną wystawą Eda w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Znalazły się w nim intymne zapiski. Kiedy Jo wychodziła za mąż, mimo skończonej czterdziestki, była dziewicą. Seks nie sprawiał jej przyjemności. W dzienniku odnotowała: „Wszystko to było całkowicie dla niego”. Miała też wątpliwości, czy upodobania Eda są „normalne”. Nigdy jednak nie przyszło jej do głowy, że mogą się rozstać. W dzienniku znaleźć też można zdania: „Ed to centrum mojego wszechświata”, „To takie błogosławieństwo, że Edward i ja jesteśmy razem”.

Jo jest modelką Hoppera. Jedyną. Malarz zaludnia przestrzenie obrazów nieskończoną liczbą jej sobowtórów. Jo nie odnajduje się w nich: „Grube i niezdarne stworzenie, które wygląda, jakby przesadziło z alkoholem. Tak naprawdę on wcale nie wierzy, że ja tak wyglądam. Po prostu nie jest w stanie namalować mnie takiej, jaka jestem”.

„Nigdy nie jest w stanie namalować mnie takiej, jaka jestem” – pisała Jo.Jedyny bunt, na jaki się zdobywała po szczególnie paskudnych akcjach Eda, to… próba zagłodzenia się na śmierć. Kładła się wtedy do łóżka. W tym dziwnym, sadomasochistycznym związku zdarzały się także pogodne chwile – niespodziewanie Edward porywał żonę do tańca, czasami nawet jej pozował, dla urozmaicenia czytając na głos poezję.

Z wiekiem Hopper staje się jeszcze bardziej zamknięty w sobie. W poszukiwaniu tematów przemierza kilometry nowojorskich ulic albo przesiaduje w kinie. Umiera dwa miesiące przed ukończeniem 85 lat. Świadkiem jego odejścia – siedział w fotelu, w pracowni i nagle przestał żyć, bez bólu, bez krzyku – jest oczywiście Josephine. „Nie poczekał na mnie”, poskarżyła się w dzienniku. I dołączyła do męża dziesięć miesięcy później. „Nie wiem, na co ona zmarła”, napisała ich przyjaciółka i krytyk sztuki Barbara Novak, „ale myślę, że nie mogła bez niego żyć. On bez niej także by umarł. To było prawdziwe folie à deux” (szaleństwo we dwoje).

Na górze: Edward Hopper „Hotel Room”, 1931
Niżej: Edward Hopper „Morning in a City”, 1944


Monika Małkowska
fot. Fotochannels


Źródło: Wróżka nr 11/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020