Saga z madonną

Na jej widok stanął jak wryty. Miała cerę jak z najlepszej saskiej porcelany, wielkie niebieskie oczy wykrojone w migdał i usta w kształcie czerwonego serca. Jak figurka Matki Boskiej w wykuszu jego pałacu.

Saga z madonnąPrzed gumnem zebrała się cała wieś należąca do jaśnie pana Wiktora Onufrego, dziedzica pełną gębą. Jeden z wieśniaków ukradł bronę. Tłumaczył się później, że zamierzał pobronować płachetek ziemi przy swojej chacie i bronę odwiesić na miejsce, na ścianie gumna. Wiktor Onufry uważał jednak, że złodziejstwo to złodziejstwo i trzeba dać odstraszającą nauczkę wszystkim, którzy próbowaliby podnieść rękę na pańską własność. Chłopa przywiązano za ręce do czegoś w rodzaju rusztowania.

Wiktor Onufry postanowił, że dostanie 100 batów, choć karbowy mówił, że chłop jest słabego zdrowia i może tego nie przeżyć. Wykonawca kary stał już z pejczem w dłoni, kiedy z grupy wieśniaków wybiegła kobieta i runęła do nóg dziedzica. W ręku trzymała krzyż zbity z dwóch brzozowych patyków. „Miłosierdzia!”, krzyknęła. „Na rany Boga jedynego, miłosierdzia!”.

Madonna prosi o łaskę

Wiktor Onufry, który zbierał się do odejścia, bo nie zamierzał być przy wymierzaniu kary, spojrzał na wieśniaczkę z brzozowym krzyżem. Kiedy podniosła ku niemu głowę, stanął jak wryty. Miała cerę jak z najlepszej saskiej porcelany, wielkie niebieskie oczy wykrojone w migdał pod czarnymi brwiami, mały nos i usta w kształcie czerwonego serca. W wykuszu na pierwszym piętrze pałacu stała Matka Boska przywieziona przez praprababkę z Częstochowy. Wiktor Onufry nie miał wątpliwości. Wieśniaczka miała twarz bliźniaczo podobną do pałacowej figury. – Skoro w imię Boga prosisz – wyszeptał z trudem – niech będzie darowane twemu mężowi. Potem odwrócił się i prawie pobiegł do pałacu.

reklama

Następnego dnia znów kazał zwołać całą wieś przed okrągłym klombem, który co roku zakwitał piwoniami, i badawczo lustrował twarze wieśniaczek. – Która to żona złodzieja? – spytał. Pokazano mu bosą babę o twarzy pospolitej jak dynia w ogrodzie, podobną do wszystkich zgromadzonych kobiet. – Ty prosiłaś o łaskę dla męża? – Ja, jaśnie panie – powiedziała wieśniaczka z dyniową twarzą i znów padła do stóp dziedzica, całując jego buty. Wiktor Onufry kazał więc przyprowadzić kobiety z innych swoich wsi, ale żadna nie miała twarzy gipsowej Madonny z pałacu.

Był wciąż kawalerem, mimo że od śmierci matki w pałacu dawał się zauważyć brak kobiecej ręki. Pora była się żenić. Zostawił więc gospodarstwo na kilka tygodni, co zdarzało się nader rzadko. Służba czuła, że coś się święci. I rzeczywiście, przywiózł w końcu narzeczoną z dalekiego kraju, dziewczynę o białej cerze, niebieskich oczach i kruczoczarnych włosach. Małżeństwo nie było szczęśliwe, młoda żona po roku umarła wraz z dzieckiem w czasie porodu. Wiktor Onufry nie ożenił się już do końca swych dni. Swoim następcą ustanowił siostrzeńca, Jana Hipolita.

Jan Hipolit okazał się świetnym gospodarzem. W sadzie gęsto rosły wiśnie, a Wiktor Onufry – nim pod koniec życia rozpił się do cna – robił znakomite wiśniowe nalewki. Siostrzeniec wygrzebał z szuflady receptury owych nalewek i zaczął je wytwarzać na dużą skalę, a później sprzedawać po sąsiednich dworach. Mało tego, pod Warszawą kupił upadającą masarnię i po paru latach jego wspaniałe parówki zaczęto wozić nawet do Wiednia, gdzie miały niebywałe powodzenie. Wkrótce był właścicielem dwóch posiadłości: kamienicy w warszawskim śródmieściu i folwarku na polach praskich za Wisłą.

Syn Jana Hipolita, Henryk Cezary, nie bardzo mu się udał. Nie miał żyłki do interesów jak ojciec. Siedząc w warszawskiej kamienicy, zagłębiał się w księgach, bynajmniej nie rachunkowych. W końcu wymógł na ojcu wysłanie go na studia do Wiednia. Księgi greckich i rzymskich filozofów, które studiował na tamtejszym uniwersytecie, nie przydały się do prowadzenia masarni i gorzelni. Po śmierci Jana Hipolita gorzelnia, masarnia i folwark pod Warszawą szybko popadły w ruinę, a Henryk Cezary nadal gnił wśród swoich ksiąg.

Kiedy jedyna służąca, która pętała się po zakurzonej warszawskiej kamienicy, zaszła jakimś cudem w ciążę i urodziła syna, Henryk Cezary kazał go przynieść i położyć u swych stóp, jak to czynili ojcowie w starożytnym Rzymie. Następnie oświadczył, że zwiąże się ze służącą węzłem małżeńskim, żeby dziecko miało prawowitego ojca. Służąca żyła blisko 100 lat. Po śmierci męża stała się właścicielką kamienicy. Jej syn nie otrzymał żadnego wykształcenia i został dozorcą. Ożenił się także ze służącą, a kamienica zaczęła stopniowo popadać w ruinę. Z tego związku narodził się Stefan Ksawery.

Madonna i powstaniec

Stefan Ksawery nigdy nie zapomni tej sceny. Do pokoju, gdzie siedziała na fotelu matka, weszło dwoje ludzi – młody mężczyzna i kobieta. Mężczyzna powiedział, że Stefan Ksawery ma już 17 lat i powinien iść do Powstania, bo młodsi od niego chłopcy walczą. Matka zbladła. Na ścianie wisiał przechowywany od niepamiętnych czasów niewielki krzyż zbity z dwóch brzozowych gałęzi.

Matka zdjęła go – choć inne krzyże także wisiały w pokoju – wyciągnęła rękę w górę i już zamierzała krzyknąć, że nie pozwala, że to jedyne jej dziecko i że po śmierci jego ojca zostanie sama w kamienicy na pastwę chciwych sąsiadów, którzy nieuchronnie ją wypędzą. Albo że zabiją ją Niemcy. I wtedy spojrzała w twarz kobiety, ona przecież zrozumie ból matki. Zdrętwiała.

Kobieta miała alabastrową przezroczystą cerę, wielkie niebieskie oczy wykrojone w migdał, usta jak pąsowa róża i dwa jasne warkocze sięgające pleców. Podobieństwo nie ulegało wątpliwości. To była twarz gipsowej figury stojącej w wykuszu na pierwszym piętrze kamienicy. Była tam od niepamiętnych czasów. Nie wiadomo nawet, kto ją przywiózł i postawił.

Źródło: Wróżka nr 11/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl