Wigilijna lekcja

Grudzień da się znieść tylko dzięki świętom Bożego Narodzenia. Zimno, ciemno i ponuro, a tu choinka z kolorowymi lampkami. Robi się rodzinnie i jakoś cieplej. Dzieci czekają na prezenty, a dorośli na barszcz i karpia w galarecie.

Nie kupujmy żywych karpi! Przecież można je uśmiercić zaraz po wyłowieniuDużo się ostatnio o nim mówi, ale i tak niewiele to zmienia. Zanim trafi do galarety, musi przejść przez mękę konania w skrzynkach i torbach foliowych. Zastanawiam się, dlaczego pstrąga czy tołpygę kupujemy w postaci rybiego mięsa, a karp musi łypać żywym okiem. Czym sobie zasłużył na „usypianie” w foliowej torbie? Bo taka tradycja? Żeby kogoś zadusić, zamęczyć, a potem zjeść z apetytem?

Wielu powie: „To tylko ryba”. Bardzo łatwo dodajemy „tylko” do czyjegoś cierpienia. „Tylko” po to, by usprawiedliwić swoją obojętność i okrucieństwo. Tymczasem większość nie miała okazji poznać ryby poza talerzem. Przypomina mi się głośna kilka lat temu historia przyjaźni rekina i człowieka. Tym bardziej dziwna, że zainicjowana przez rybę. Nie pamiętam już dokładnie gdzie, ale chyba w turystycznym rejonie wysp Pacyfiku, pewien rybak zarzucił sieci. Gdy chciał zebrać plon swojej pracy, poczuł znaczny ciężar. Coś dużego szarpało się w sieci. Kilkumetrowa samica rekina białego bezowocnie próbowała uwolnić się z pułapki.

Nie był przeciętnym człowiekiem, bo zrezygnował z własnej korzyści na rzecz uwolnienia wielkiej ryby. Pociął sieć i pozwolił jej odpłynąć. Gdyby tego nie zrobił, udusiłaby się. Unieruchomiony rekin nie może oddychać. Gdy następnego poranka zepchnął łódkę z piaszczystej plaży, coś zalśniło na horyzoncie. Słońce odbijało się od płetwy grzbietowej rekina, połyskując jak znane wszystkim lustrzane „zajączki”.

reklama

Rekinica czekała na swego wybawcę. Podpłynęła do łodzi i trzymała przy niej straż przez cały czas połowu. Ten nie mógł skończyć się owocnie. Cień rekina skutecznie wypłoszy nawet najmniejsze rybki. Rybak złowił tylko stary kalosz. Za mało, by wyżyć. Następnego dnia to samo. Po tygodniu tą dziwną znajomością zainteresowali się ludzie. Zaczęli robić zdjęcia i filmować stale rosnącą zażyłość.

Rekin opierał głowę o burtę łodzi, wyraźnie prosząc o pieszczotę. Rybak drapał potężną paszczę i pobierał opłatę za filmowanie. Zmienił fach na znacznie lżejszy. Stał się sławny i bogaty. Nie wiem, czy taki stan rzeczy trwa do tej pory. Czy może ktoś, kto uznał, że to tylko ryba, zabił rekinicę. Mam nadzieję, że nie. Choć powszechnie wiadomo, że tysiące rekinów giną w imię ludzkiego apetytu na ich płetwy. Obcina się je żywym rybom, po czym wracają do wody. Aby skonać. Bo przecież bez płetw nie popłyną, a to kończy się uduszeniem.

Karp nie „usypia” w foliowej ani żadnej innej torbie. Dusi się, bo nie może oddychać powietrzem. My tak samo „usnęlibyśmy” pod wodą.

Do dziś pamiętam pewną Wigilię sprzed 50 lat. Babcia przyniosła do domu karpia. Nalała wody do wanny i wpuściła rybę. Miałam pięć lat i trudno się dziwić, że nie chciałam wyjść z łazienki. Karp wydał mi się kimś fantastycznym. Ku mojej radości nie pogardził bułką, którą wrzucałam do wanny. Wieczorem byliśmy już „rodziną”. Ojciec przełożył karpia do wiadra z wodą i ruszyliśmy do Łazienek. Wszyscy.

Jak rodzina, to rodzina. Zima była łagodna i nie trzeba było szukać przerębli. Długo żegnałam się z płetwiastym bratem. Chciałam, żeby jeszcze coś przetrącił, ale w wiadrze nie miał ochoty na posiłek. Płakałam ze wzruszenia, gdy znalazł się w stawie. Mogłabym przysiąc, że zamachał płetwą na pożegnanie. W każdym razie mama i tata to potwierdzili.

Potem przez wiele lat odwiedzałam Łazienki, aby nakarmić karpie. I zawsze wydawało mi się, że rozpoznaję „moją rybę”. Myślę, że taka lekcja przydałaby się każdemu dziecku. Jestem pewna, że to wystarczyłoby, aby zakończyć smutną, wigilijną „tradycję”. I wcale nie namawiam do rezygnacji z ryby w galarecie. Chciałabym tylko, żeby już nikt nie kupował żywych karpi. Przecież można je uśmiercić zaraz po wyłowieniu.

Niczym nie różnią się od innych ryb. Ich mięso zachowa taką samą świeżość jak mięso pstrąga czy śledzia. Nie straci smaku ani koloru. Wystarczy raz spróbować, aby przekonać się, że mam rację. Pamiętajmy, że popyt kształtuje podaż. Jeśli przestaniemy kupować żywe karpie, znikną z rynku na zawsze. A nasza Wigilia nie będzie „smakowała” cierpieniem.

Życzę wszystkim czytelnikom „Wróżki” zdrowych, wesołych i smacznych świąt Bożego Narodzenia.


Dorota Sumińska
doktor weterynarii, prowadzi w radiu i telewizji popularne programy o zwierzętach.
fot. shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 12/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020