Różaniec z drzewa sandałowego

Od chwili, kiedy ją zobaczył na zaśnieżonej ulicy, zaczął za nią tęsknić. Za jej oczami i za zapachem. Jego nieżyjąca babcia miała różaniec z drzewa sandałowego. Od dzieciństwa lubił ten zapach.

Chcę od razu wam to powiedzieć. Jestem podrzutkiem. Nie mam żadnej rodzinyTamarę znaleziono o szóstej rano na wycieraczce pod drzwiami mieszkania w bloku. Była owinięta w kocyk w grochy. Osoba, która ją podrzuciła, musiała wiedzieć, że właścicielka mieszkania wyprowadza o tej porze psa. Dziewczynka nie była przemarznięta ani zaniedbana, a na ręce miała napisane długopisem imię.

Oczy czarniejsze od smoły

Właścicielka mieszkania zadzwoniła na pogotowie, które odwiozło Tamarę do szpitala. Policja bezskutecznie poszukiwała jej matki. Prawdopodobnie urodziła córkę w domu, ukrywając ciążę aż do rozwiązania. A wtedy znaleźć matkę jest bardzo trudno. Tamarze wyrobiono metrykę, nazwisko dostała od koloru oczu, pięknych i czarniejszych od smoły.

Najpierw zgłosiła się po Tamarę żona przedsiębiorcy w średnim wieku. – Czy ty nie Cyganeczka jesteś? – pytała. Bo Tamara miała oliwkową cerę, oczy czarne jak skrzydła kruka i miedziane włosy skręcone w gęste drobne loczki. Przedsiębiorca przywiózł do bidula papę na dach i kafelki do ubikacji, więc personel nieba by jej przychylił.

Na tydzień przed sądową rozprawą adopcyjną dyrektorka dostała wiadomość, że żona przedsiębiorcy doznała wylewu krwi do mózgu i jest sparaliżowana. Mąż oświadczył, że rezygnuje z adopcji, bo to był pomysł żony, a teraz nie wiadomo, co z nią dalej będzie. Po miesiącu żona zmarła.

reklama

Później pojawiła się samotna kobieta. Rzekomo samotna, mówił personel, bo miała partnera, z którym od lat żyła bez ślubu. Była prezeską fundacji pomagającej dzieciom i sierocińce w mieście bardzo się z nią liczyły. Samotna powiedziała, że jak tylko jej partner otrzyma rozwód, natychmiast zabiorą, jako rodzina preadopcyjna, Tamarę do siebie. Odwiedzała sierociniec dwa razy w tygodniu i przynosiła zabawki. Personelowi powiedziała, że sama nie może mieć dzieci i Tamara jest jej ostatnią nadzieją. Wkrótce się okazało, że żona partnera pracowała za granicą, wróciła do Polski, a on ani myśli o rozwodzie i do niej wraca. Samotna dostała ataku serca i umarła w karetce.

Ozdoba bidula

Tamara miała już sześć lat. Wychowawczynie bały się proponować ją kolejnej rodzinie i mówiły między sobą, że wokół Tamarki unosi się coś trującego. Bo ona pachnie drzewem sandałowym, jakby jej skóra wytwarzała pachnący olejek. Panie nie chciały też jej oddać z tego powodu, że była śliczna, grzeczna i dobrze się uczyła. Stanowiła prawdziwą ozdobę sierocińca. A nigdy nie wiadomo, czy na miejsce kogoś oddanego do adopcji nie przyjdzie jakiś raróg.

Kiedy Tamara miała 14 lat, wychowawczyni posłała ją do brudownika w piwnicy, żeby sprawdziła, czy jest zamknięty na klucz. Bała się sama tam schodzić, więc wychowawczyni poprosiła Radka, żeby z nią poszedł. Brudownik był otwarty. Weszła tam z ciekawości. Radek chwycił ją za szyję, tak że straciła oddech, pochylił ją i zdarł rajstopy. Poczuła ostry ból i dopiero wtedy się ocknęła. Wyrwała się, kopnęła nogą w drzwi brudownika i wyszła na korytarz piwnicy. – Umrzesz – powiedziała – na pewno umrzesz. – Zamknij się – syknął Radek – jesteś tylko znajdą ze śmietnika.

Wróciła na górę i spokojnie powiedziała wychowawczyni, że brudownik jest otwarty i ktoś musi pójść, żeby go zamknąć na klucz. Kilka dni później poszła do gabinetu dyrektorki i zapytała, czy jest znajdą ze śmietnika. I dlaczego nic o tym nie wie.
Dyrektorka przybrała poważny wyraz twarzy: – Twoja mama nie mogła cię widocznie wychowywać, bo miała trudną sytuację życiową i zostawiła cię pod drzwiami. Ale napisała, jak masz na imię, długopisem na prawej ręce. Więcej szczegółów będziesz mogła poznać, gdy skończysz 18 lat. Wiadomo jednak, że twojej matki nie odnaleziono. Chciała zachować anonimowość. – Nic mnie ona nie obchodzi – powiedziała Tamara. – Zresztą już na pewno umarła.

Tamara skończyła szkołę zawodową i technikum gastronomiczne. Nie trzeba było jej pilnować ani gonić do nauki, co się w bidulach zdarza rzadko. Panie wystarały się dla niej o mieszkanie socjalne. Była to ponura klitka w starej kamienicy po zmarłej samotnej staruszce. Tamara miała własny dach nad głową i prawdziwą ubikację ze spuszczaną wodą. Panie załatwiły też stolik i szafę ze zlikwidowanego biura, a z wyprawki, która się Tamarze należała, kupiły łóżko z materacem.

Znalazły także pracę pomocnicy kucharza w restauracji. Całkiem możliwe, że Tamara, jeśli się będzie dobrze sprawowała, zostanie w przyszłości kelnerką. Bo taka ładna. Szczupła, miedziane włosy poskręcane w drobniutkie loczki, skóra jakby wiecznie opalona i wielkie oczy jak dwa węgle. Smutne i przenikliwe. Ale ten zapach. Czy kelnerka może pachnieć słodko drzewem sandałowym? – Nie szkodzi – powiedział kelner, poleje się perfumą i będzie pachniała inaczej.

Minęło kilka tygodni. Ktoś zapukał do drzwi. To był Radek z brudownika. Wstawił nogę między drzwiami, żeby nie mogła ich zatrzasnąć. Powiedział, że jest jakby jej mężem, więc musi go przyjąć. Skończył 18 lat i nie mieszka już w bidulu. Nie uczy się i na razie nie pracuje. A jego rodzina, gnieżdżąca się w jednej zatęchłej suterenie, nie chce kolejnego mieszkańca. Tam nie ma nawet miejsca na wstawienie dodatkowego łóżka. Jeśli Tamara chce, mogą od razu wziąć ślub.

Tamara przynosiła z restauracji resztki produktów, pensję skrupulatnie dzieliła na części i chowała do pudełek po zapałkach. To na opłaty, to na remont ubikacji, a jeśli szczęście dopisze, może się uda z niej wykroić miejsce na prysznic. Po trzech miesiącach zaszła w ciążę. Nim ciąża stała się widoczna, przestała pracować w restauracji. Ale kierownik obiecał jej, że jeśli będzie chciała wrócić, zawsze może liczyć na przyjęcie. Radek zaczął pracować przy roznoszeniu ulotek. Dziecko urodziło się w domu.

Już wcześniej postanowili, że nie będą chodzili do lekarza ani nie pojadą do szpitala, bo zostawią noworodka w oknie życia. Okno było miejscem, gdzie matka mogła niepostrzeżenie zostawić dziecko, zachowując anonimowość. Pod wpływem ciężaru włączał się tam alarm, a dyżurująca po drugiej stronie osoba wiedziała, że trzeba się zająć niemowlęciem.

Źródło: Wróżka nr 12/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020