Na własnej skórze...

Ciekawość popycha badaczy do przekraczania granic. Również granicy rozsądku. Jeśli jako własne króliki doświadczalne mają szczęście, to udaje im się przeżyć.

Ciekawość popycha badaczy do przekraczania granic. Również granicy rozsądku...Jest IV w. p.n.e. Aleksandria. Herophilus, ojciec dzisiejszej anatomii, podnosi w górę nóż, a jego ostrze lśni w blasku egipskiego słońca. Wokół stoi tłum lekarzy z całego śródziemnomorskiego świata, którzy uważnie śledzą każdy jego ruch. W ten sposób posiedli już wiedzę na temat fizjologii oka i przejrzeli tajemnicę ludzkich wnętrzności. Zobaczyli, jak wygląda dwunastnica, której długość Herophilus określił trafnie na 12 szerokości palca.

Zbrodniarze czy naukowcy?

Prymitywny skalpel starożytnego anatoma po raz kolejny otwiera przed zebranymi labirynt mięśni, ścięgien i arterii. A z każdym pociągnięciem ostrza przywiązane do stołu ciało napina się, wije w bólu i krzyczy wniebogłosy. Starożytnych anatom bowiem przeprowadza swój eksperyment nie na zmarłym, ale na żywym człowieku.

„Ochotników” pozyskiwano na targu niewolników. I choć zakrawa to na bestialstwo, Aleksandria była wówczas naukowym centrum świata. Ptolemeusz I Soter, były generał Aleksandra Macedońskiego, założył w niej właśnie Dom Muz, coś w rodzaju pierwszej placówki naukowej, a opisy dokonywanych tam odkryć gromadzono w Bibliotece Aleksandryjskiej. Niestety, pożar w 272 roku strawił większość unikalnego księgozbioru i obserwacje Herophilusa dotrwały do naszych czasów tylko w formie krytyki Celsusa i Tertuliana, którzy oskarżali go o pokrojenie żywcem 600 niewolników.

Kompletnie nie dostrzegali oni, że eksperymenty na zwłokach nie pozwoliłyby mu zauważyć, że ludzkich żył nie wypełnia powietrze, ale krew. Dzięki podobnym głosom wkrótce w Aleksandrii zakazano eksperymentów na ludziach. Skończyła się naukowa hossa. Od tamtej pory badacze, których odkrycia miały pchnąć ludzkość na nowe tory, byli skazani praktycznie sami na siebie.

reklama

Żołądek nie ma zębów

Santorio Santorii do historii przeszedł jako wynalazca termometru i łóżka wodnego. Niewiele osób jednak wie, że ten renesansowy badacz przez 30 lat analizował... własne odchody. I rozważał, „dlaczego dołem wychodzi mniej, niż wkłada się górą”. W końcu wpadł na wyjaśnienie. Nazwał je „niewyczuwalnym poceniem”, dzięki któremu część jedzenia miała niezauważenie uchodzić przez skórę.

Na przełomie XVI i XVII w. jego obserwacje traktowano równie poważnie jak opis dwugłowego cielęcia (czyli bardzo), ale dopiero po czasie doceniono wkład Santoriego w badanie ludzkiego metabolizmu. A i to trochę na słowo, bo – bądźmy realistami – kto by chciał grzebać we własnej kupie.

Na amatora takich eksperymentów trzeba było 100 lat. Nazywał się Lazzaro Spallanzani i miał w perspektywie odkrycie plemników (oraz ich znaczenia dla rozwoju ludzkości), a także rozwiązanie zagadki trawienia. Nie dysponował aparatem rentgenowskim ani światłowodem, przez który mógłby zajrzeć do układu pokarmowego, ale miał pomysł. A potem niczym McGyver za pomocą kawałka płótna i drewienka przekuł go w czyn.

Po serii dość okrutnych eksperymentów na kurach, psach i wężach, podczas których zwierzęta musiały jeść rzeczy, o których im się nawet nie śniło (np. potłuczone szkło czy ziarno w maleńkiej metalowej rurce), Spallanzani przerzucił się na eksperymenty na własnym ciele. Tym razem nie było mowy o żadnym metalu. Włoski naukowiec oderwał od pajdy chleba niewielki kawałek, schował do maleńkiej lnianej sakiewki i połknął. 23 godziny później znów miał w rękach swoją sakiewkę. Nie było w niej jednak chleba. Powtórzył więc eksperyment, próbując opóźnić proces trawienia kolejnymi warstwami materiału, w które zawijał okruchy. Te zaś nieodmiennie znikały w jego trzewiach.

Nietknięta (nieco tylko „wymęczona”) tkanina doprowadziła go do wniosku, że ludzki żołądek nie ma jednak zębów, którymi rozdrabnia pokarm. Podejrzewał, że znikające jedzenie jest sprawką soków trawiennych. Żeby to udowodnić, powtórzył test. Ale zamiast tkaniny użył drewnianych rurek wielkości multiwitaminy. Wypchał je jedzeniem, które – dla lepszego trawienia – wstępnie przeżuwał. Rurki jednak „wychodziły” puste.

Kiedy było już mniej więcej wiadomo, jak działa nasz przewód pokarmowy, Johann Heinrich Ferdinand von Autenrieth postanowił go oszukać. Medyk ze Stuttgartu wpadł na pomysł, by światowy niedobór żywności rozwiązać… trocinami. W wyniku eksperymentów udało mu się z nich wyprodukować coś w rodzaju mąki. Potem na jej bazie gotował dania (zupy, pierogi, naleśniki, chleb etc.), którymi żywił siebie i swoje dzieci. „Drewnianą” dietę uznał ogólnie za udaną (nikt nie zmarł). Zaobserwował dwa efekty uboczne: że im więcej zjadł trocin, tym bardziej drapało go w gardle i tym większy czuł ucisk w żołądku.

Źródło: Wróżka nr 12/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020