Wyśniłam swoją szansę

Czasem scenariusz życia układa nam nasza podświadomość. I podpowiada najlepsze rozwiązania… we śnie.

Wyśniłam swoją szansęPlanowałam przygarnąć psa już od dłuższego czasu. Ale – jak to bywa – ciągle jakoś się nie składało. W głębi serca liczyłam na to, że jakaś nieszczęsna psia dusza sama się przyplącze albo że znajdę gdzieś przywiązanego do drzewa nieszczęśnika. Ale nic takiego się nie stało. Niezdecydowanie przeglądałam ogłoszenia. Mieszkam sama, pracuję. Skazywać jakieś zwierzę na 9-10 godzin samotności w ciągu dnia? Co innego, gdyby to ono samo mnie wybrało... Ciągle jednak o tym rozmyślałam.

Nie zdziwiłam się bardzo, gdy uporczywie zaczęło mi się śnić schronisko dla zwierząt. Nie planowałam się tam wybierać. Bałam się, że widok tych uwięzionych biedaków zdołuje mnie na długo. Chciałam sobie tego oszczędzić. Jakby w odpowiedzi zaczęła mi się śnić konkretna klatka ze swoim mieszkańcem.

I nie mogłam oprzeć się tym smutnym, ciemnym oczom wpatrującym się we mnie. Stworzenie było jakieś takie wilkowate, ciemne, podpalane. Ale najbardziej zapadło mi w pamięć to jego proszące spojrzenie.

Wbrew wcześniejszym postanowieniom, zebrałam się w sobie i pojechałam do schroniska. Od razu zauważyłam klatkę z mojego snu – zupełnie jakby ktoś mnie prosto do niej zaprowadził. Pies wstał i podszedł do krat, machając ogonem. Ale to nie miało już znaczenia. Decyzję wszak podjęłam, nim tu weszłam. Załatwilam formalności i wyszłam jako dumna właścicielka czworonoga.

reklama

Psiak okazał się bardzo kochany. Wręcz gorliwy w swym posłuszeństwie. I chyba drań czyta w moich myślach. Bardzo szybko uznał zresztą, że nie ma czegoś takiego jak bezczynne siedzenie czy leżenie – to czas, by głaskać psa. Tak, należę do tych właścicieli, co przyznają, że pies z nimi śpi.

Od mojej wizyty w schronisku minęło zaledwie kilka tygodni, gdy znów zaczął mi się śnić mój Loki i znów wciąż w tym samym miejscu. Nie była to już jednak żadna klatka, lecz ścieżka nad rzeką. Tym razem zareagowałam szybciej. W najbliższą sobotę, mimo że mżył deszcz, włożyłam kalosze i sięgnęłam po smycz.

Podczas spaceru zerkałam podejrzliwie na Lokiego. Jeśli to twój niecny plan, paskudniku, by sobie popływać czy jakiegoś szczura wodnego upolować… Paskudnik w odpowiedzi śmiał się po swojemu, zachwycony długim spacerem. Po części jego radość, po części uroda tych mało znanych mi dotąd miejsc sprawiła, że zaczęłam tam przychodzić częściej.

Loki zawarł nowe znajomości. Najbardziej jednak upodobał sobie zabawę z pięknym wilczurem. Dopiero po jakimś czasie zauważyłam, że ten wilczur ma na smyczy przystojnego faceta. Rozmowa nawiązała się sama. O psach, rzecz jasna. Potem spacery jakoś się zaczęły wydłużać, zamieniły się we wspólne weekendowe wypady. I od jakiegoś czasu Loki z Szansą mieszkają pod jednym dachem…

Tak, ja z właścicielem Szansy takoż. Ot, jakiego mam zaradnego psa: nie dość, że załatwił sobie dom, to jeszcze mnie wyswatał.


Justyna 
fot. shutterstock.com


Źródło: Wróżka nr 2/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020