Kierunek: zwierzę

Styczniowy mróz tak mnie zniechęca, że jeśli tylko finanse pozwalają, uciekam do ciepłych krajów. Mogę wówczas choć na chwilę zapomnieć o skostniałych dłoniach i stopach.

Styczniowy mróz tak mnie zniechęca, że jeśli tylko finanse pozwalają, uciekam do ciepłych krajówNigdy nie wybieram wyjazdów zorganizowanych. Najpierw marzę: zobaczyć orangutany, słonie lub spotkać mrówkojada. Potem kupuję przewodnik po wymarzonym raju i konsultuję z moim partnerem Tomkiem. Na szczęście jest bardzo zgodny i tylko prosi, żeby było blisko wody. Tak jak ja lubi pływać.

Teraz najtrudniejsze – tanie bilety. To znaczy tańsze, bo na dalekie trasy tanie i tak są drogie. Zawsze jakoś się udaje. Zazwyczaj z kilkoma przesiadkami na dalekich, obcych lotniskach. Wreszcie docieramy do celu. Cel to zbyt optymistycznie powiedziane. Lotnisko w nieznanym mieście, skąd chcemy przedostać się do wcześniej upatrzonej okolicy. Też nieznanej. Szukamy jakiegoś środka transportu. Najczęściej jest to taksówka. Chwila rozmowy w języku angielsko-migowym, bo nie każdy taksówkarz czy rikszarz zna angielski, i wsiadamy. Rozmowa dotyczy nie tylko trasy, ale i ceny. Liczyć umieją wszyscy.

Gdy pojazd rusza, zawsze dopadają mnie te same myśli. Nasz los spoczywa w dłoniach dzierżących kierownicę. Nie mamy pojęcia, czy kierowca obrał dobry kierunek ani nawet czy to prawdziwy taksówkarz. Może nas wywieźć w dowolną stronę. I tak nie będziemy wiedzieli, gdzie jesteśmy.

reklama

Po chwili złe myśli uciekają. Przestaję się bać i zaczynam delektować się ciepłem i brakiem odpowiedzialności. I tak nie mam już na nic wpływu. Zjechałam kawał świata i nigdy nie spotkało mnie nic złego. Z pewnością nie wyglądamy jak bogaci turyści. Nie mamy walizek, tylko małe plecaczki, które nawet w samolocie nie nadają się do nadania na bagaż.

Gdy pierwszy raz zeszłam z promu na wyspie Koh Chang, było ciemno. W porcie stało kilka busików-taksówek. Wszystkie wyglądały podobnie. Tak samo jak ich kierowcy. Białe koszule z podwiniętymi rękawami i czarne spodnie. Podeszłam do jednego z nich i poprosiłam, żeby zawiózł mnie do niedrogiego hotelu. Proponował mi kilka, aż w końcu zabrał mnie do raju, który od tamtej pory odwiedzam co parę lat. A wszystko za sprawą zwierząt. Zapytał, kim jestem, i gdy dowiedział się, że „wet”, powiedział: – Aaa! A gdy wysiadłam, otoczyły mnie koty i psy z dzikiem na czele.

Na Borneo też wylądowaliśmy o zmroku. Uśmiechnięty taksówkarz, oczywiście w białej koszuli zapytał: – Sepilok? – Tak! Właśnie tam chcieliśmy się znaleźć. W drodze okazało się, że pracuje w ośrodku reintrodukcji orangutana. Nic dziwnego, że w minutę zostaliśmy przyjaciółmi.

Gorzej było w Manili. I trudno się dziwić. Tam świat zwierząt to przede wszystkim szczury. Nie mam nic przeciw nim, ale większość ludzi nie podziela mojego zdania. Samolot usiadł na lotnisku dobrze po dziesiątej wieczorem. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale pamiętaliśmy nazwę hotelu. Był blisko lotniska, a następnego ranka czekał nas lot na inną filipińską wyspę. Przy wyjściu z lotniska panował straszny tłok. Jak prawie wszędzie na Filipinach. Cała gromada naganiaczy, chcących złapać klienta dla swojej taksówkowej korporacji. Zresztą nie mam pojęcia, czy były to prawdziwe korporacje, czy tylko samochody teścia.

Po długich dyskusjach w trudnym do zaklasyfikowania języku wsiedliśmy do żółtej taksówki. Młody kierowca z uśmiechem powtórzył nazwę hotelu i ruszyliśmy. Po dobrych 20 minutach zorientowałam się, że jeździ w kółko. Zapytałam, czy wie, gdzie jest hotel. Nie wiedział, ale znał angielski. Przyznał się, że nie chciał stracić klienta i myślał, że Pan Bóg wskaże mu drogę. Powiedział to tak szczerze, że nas rozbroił. Pan Bóg nie chciał się mieszać w sprawy filipińskiego hotelarstwa i trzeba było kogoś zapytać o drogę. Nasz kierowca zadzwonił do kuzyna, ten do innego kuzyna i w końcu osiągnęliśmy cel.

Taksówkarz wcale nie był naciągaczem. Zapłaciliśmy dokładnie tyle, ile było umówione na początku. Mimo zmęczenia nieźle się ubawiliśmy. Normalnie dwudziestominutowa trasa zajęła nam dwie godziny. Jestem pewna, że te perturbacje wynikały z braku zwierzęcego tematu przewodniego.

W tym roku wybieramy się na Sri Lankę. Naszym drogowskazem będą słonie i warany. Nie mam obaw. Dotrzemy tam, gdzie trzeba.


Dorota Sumińska
doktor weterynarii,
prowadzi w radiu i telewizji popularne programy o zwierzętach
fot. shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 1/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019