Wojownik Buddy

Brutalem jest tylko w pracy. Po godzinach Steven Seagal wszystkim nieba by przychylił. Medytuje, przepowiada przyszłość, a także leczy dotykiem i ziołami…

Steven Seagal medytuje i leczy dotykiemKilkudziesięciu buddyjskich duchownych kompletnie sparaliżowało pracę ekipy filmowej, kręcącej sensacyjny film „Mroczna dzielnica”. Cały czas pomarańczowe postaci, niczym szpiedzy, podążały krok w krok za aktorem Stevenem Seagalem. W efekcie zakończenie zdjęć opóźniło się o kilka dni. – To było kompletne szaleństwo – wspomina jeden z filmowców. – Oni wierzyli, że Steven jest wcieleniem Boga.

Sam zainteresowany nie protestuje, gdy go tak nazywają. I nie robi tego przez grzeczność. Pod koniec lat 90. ubiegłego wieku Jego Wysokość Penor Rinpocze, mistrz Ningmy, najstarszej z czterech tradycji buddyzmu tybetańskiego, uznał gwiazdora kina walki za tulku, czyli wcielenie jednego z dawnych mistrzów. Konkretnie: Kyung-drak Dorje, siedemnastowiecznego mnicha z klasztoru Palyul. W konsekwencji Seagal zamiast trenować kopnięcia z półobrotu, chodził po telewizyjnych programach i opowiadał: „Urodziłem się z darem leczenia i jasnowidzenia…”.

Twierdzi, że od dziecka czuł się „kimś niezwykłym”. Nigdy jednak nie sprecyzował, co konkretnie ma na myśli. Pytany o wspomnienia z poprzedniego życia odpowiadał, że „są niejasne”. A potem szybko dodawał, że poprzednie wcielenia nie są tak ważne, bo liczy się to, jak żyjesz teraz. Dziś, wielokrotnie oskarżany przez liczne asystentki o molestowanie, już tego nie mówi. Woli powtarzać: – Kiedyś byłem pod wrażeniem mojej wrodzonej mądrości i talentu, ale teraz jestem już wolny od wszelkich złudzeń na temat swojej ważności.

reklama

Jako nastolatek wyjechał do Japonii, gdzie przez 15 lat zgłębiał tajniki aikido – sztuki walki, wykorzystującej siłę i energię wroga. Tam też zainteresował się życiem duchowym – odkrył shintoizm (religia japońska) i buddyzm. W tym pierwszym poprzestał na uzyskaniu licencji kapłana, ale drugi wciągnął go bez reszty. W jednym z klasztorów poznał kilku mnichów, którzy przybyli z Tybetu. – Byli w kiepskiej kondycji fizycznej, więc leczyłem ich akupunkturą – wspominał aktor. Oni zaś „zarazili” go tybetańską odmianą buddyzmu, w której do – wspólnych dla wszystkich rodzajów buddyzmu – nauk Oświeconego i poszukiwania drogi do oświecenia Tybetańczycy „dorzucili” jeszcze duchowe przywództwo dalajlamy, wiarę w cały szereg pomniejszych duchów i demonów oraz medytację przy zastosowaniu tradycyjnych praktyk.

Seagal medytuje cztery godziny dziennie: dwie rano i dwie wieczorem. Stosuje najprostszą z technik, bodhićitkę (czyli pragnie uwolnić wszystkie istoty od cierpienia), bo – jak twierdzi – nie jest „bardzo świadomą osobą” i skomplikowane tantry nie pozwalają mu się skupić. Jego nauczyciele przekazali mu, że droga do oświecenia wiedzie również przez sztukę. Więc zabrał się za jej uprawianie, choć samokrytycznie przyznaje, że wielkim artystą nie jest. Mimo to gra na gitarze i nagrywa płyty z piosenkami z pogranicza reggae i bluesa. – To mój sposób – mówi – żeby ludziom na całym świecie przekazywać naukę Buddy. Wystarczy, żeby na mnie spojrzeli albo usłyszeli mój głos i już...

Ale Seagal to nie tylko śpiewający osiłek z kucykiem i wielowiekową przeszłością. To też znawca ziołolecznictwa. Aktor chętnie opowiada, że przez lata spędzone w Japonii wiele dowiedział się o ziołach, a całą swoją wiedzę i doświadczenie skumulował w… kremach, które firmuje swoim nazwiskiem. – Piękny nie jestem, ale zobaczcie moją skórę. Nie mam zmarszczek! – zachwalał produkt podczas promocji w Kanadzie. Przy okazji opowiadał również o leczniczych właściwościach różnych roślin. Posunął się nawet do stwierdzenia, że oregano może być stosowane w leczeniu wąglika. Tu jednak trzeba zastrzec, że brak naukowych dowodów na potwierdzenie tej tezy.

– Wszystkie istoty są jednością i powinny sobie pomagać. Ja jestem tu, na tej Ziemi, tylko po to, żeby służyć ludzkości i koić cierpienia innych – mówi Steven Seagal, który na życie zarabia bijąc innych (przed kamerą). Sam walczy z AIDS w Afryce, wspiera Wolny Tybet, założył nawet fundację charytatywną, która kupuje ubogim dzieciom gitary. Opowiada, że jest pacyfistą (choć jeśli go dobrze podpuścić, to chętnie pochwali się swoją kolekcją broni). Angażuje się w obronę praw człowieka, ale również zwierząt (m.in. słoni w Tajlandii i psów na Tajwanie). Ale nawet kiedy współczuje braciom mniejszym, zdarza mu się pomagać w bombastycznym stylu, jaki znamy z jego filmów.

W 2011 roku kręcił jeden z odcinków popularnego serialu dokumentalnego, w którym asystował szeryfowi podczas policyjnych akcji. Tym razem ścigali podejrzanego o organizowanie nielegalnych walk kogutów. Przestępca został złapany, ale Seagal w swoim filmowym stylu wjechał mu w dom… czołgiem. Przy okazji rozjechał też psa właściciela oraz część przygotowywanych do walki kogutów. Sprawa skończyła się sądowym pozwem o odszkodowanie, choć należy podejrzewać, że dla aktora to tylko czubek góry lodowej. W końcu takie zdarzenie musi być poważną przeszkodą w drodze do nirwany. Nawet jeśli w poprzednim wcieleniu było się świętym.


Stanisław Gieżyński
fot. East News  

Źródło: Wróżka nr 3/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020