Lubieżne choroby

Choroby „ze zbytku i swawoli wynikające” leczono swawolnie – gorzałką. A czy mieszano ją w tym celu z rtęcią, czy popijano nią arbuzy, było sprawą drugorzędną.

Lubieżne choroby leczono kiedyś... gorzałkąNiejedno imię ma nie tylko miłość, ale także choroby, które bywają skutkiem miłosnych przygód. Dawniej mówiono o nich „choroby lubieżne” lub „sekretne”. Ale i dzisiejsza nazwa, czyli weneryczne, nawiązuje do rzymskiej bogini miłości, Wenery, znanej także jako Wenus.

Sprawcą każdego miłosnego zamieszania jest Kupido vel Amor – syn Wenus, który czai się wszędzie (spogląda nawet z kościelnych ołtarzy). Nigdy nie wiadomo, w kogo wymierzy swoje strzały. Ale to jeszcze dziecko, więc nikt nie ma do niego pretensji, gdy po chwilach zapomnienia zostanie niechlubna pamiątka. To bowiem sprawka pasterza Syfilisa! Skąd to wiemy?

Z poematu o „Syfilisie lub chorobie francuskiej” z 1530 roku. Człowiek ten obraził się na słońce za zsyłany na ziemię żar i odmówił składania ofiary Apollowi (bogu Słońca). A że inni poszli w jego ślady, Apollo zareagował stanowczo: ukarał cały lud zarazą, która objawia się postępującym gniciem ciała. Tak oto nieszczęsny Syfilis przeszedł do historii. Ale nie on jeden.

Pomieszanie humorów

Tego w szkole nie uczą. Krzysztofowi Kolumbowi zawdzięczamy nie tylko odkrycie Ameryki, ale też sprowadzenie różnych towarów, nazywanych później kolonialnymi. Najprawdopodobniej jednym z „prezentów” okazała się tajemnicza choroba, która szybko rozprzestrzeniła się po rozdartej wojnami Europie. Najczęściej przemieszczała się wraz z wędrującymi żołnierzami. Dlatego w Polsce nazywano ją „chorobą francuską” lub po prostu „francą”, we Francji – „chorobą neapolitańską”, w Rosji – „chorobą polską”. A chłopi mawiali, że to „choroba dworska”. Paracelsus nazywał ją „jadem Francuzów”, „francuskim złem” lub „złą ospówką”, ponieważ ciała chorych pokrywały wrzody i blizny. Izolowano ich w „domach dla Francuzów ospówkowców i brodawkowców”. Ówczesna wiedza medyczna nie pozwalała jednak na skuteczną walkę z chorobą.

reklama

Również o przyczynach „francy” nie zawsze wyrażano się jasno. Dla przykładu w „Compendium Medicum Auctum” z 1789 roku czytamy: „Przyczyną Dworskiey choroby jest: pomieszanie wszystkich humorów pochodzące osobliwie z kwaśności subtelney, ostrey i bardzo iadowitey, wszystkie akcye ciała mieszającej i psującej”. Voilà! O chorobie dworskiej należy wyrażać się dworsko! Na szczęście, o tym wstydliwym nieszczęściu nieco jaśniej pisze autor „Lekarza dla Włościan” we „Wstępie do lubieżney choroby powszechnie Francyą zwaney”, iż jest to rodzaj chorób „ze zbytku i swawoli wynikających”.

Kuracja rtęcią i gnojem

Lubieżna choroba bywa podstępna. Nie od razu uwidacznia się na zewnątrz. Jak pisze Ludwik Perzyna w 1793 roku: „Czasem przybrawszy na siebie inną postać choroby, wcale się ukrywa i ciężka bywa do poznania pod migreną czyli połowy głowy boleniem, to pod kaszlem, to upławami białemi, to oślepieniem, to głuchotą”. A to już kłopot nie tylko dla lekarza… Bo, jak zauważa autor, „trudno się o to pytać uczciwych Dam, słusznych Pań i statecznych Niewiast, a nawet na pozór niby niewinnych Panienek”. Wróćmy jednak do łoża… chorego.

Pierwsze objawy, jak się dowiadujemy, pojawiają się „u dorosłych atoli oboiey płci, nayprzód na członkach wstydliwych, czasami trafia się, że długo się czai niżeli jawnie pokaże”. Tym, którzy w zapomnieniu oddali się „zbytkom” i „swawolom” z chorymi partnerami, pozostaje szukanie ratunku w medykamentach.

Podstawowym lekiem na lubieżną chorobę była rtęć, potocznie nazywana merkuriuszem. Przyjmowało się ją zgodnie z zaleceniem: „Weź mercurii sublimati, rozetrzyj i rozpuść iako naylepiey w moździerzyku kamiennym z gorzałką, którey ma być funt. Z rana na czczo i na noc zamąciwszy zażyway po iednej stołowej łyżce pełney. Nie waż się po więcej zażywać bo się struiesz i umrzesz”. Nietrudno się domyślić, iż kuracja owa pozostawiała przy życiu tylko najsilniejszych. Znacznie dłużej z pewnością mogli nacieszyć się tym światem mniej zamożni ludzie, którym za lekarstwo służyć miała nietypowa kąpiel: „ubodzy zaś, których nie stać na leki gnoiami się leczą leżąc w nich”.

Arbuzem w trypra

Jednak, jak sama nazwa wskazuje, choroba dworska przypisana była wyżej usytuowanym. Ludność wiejska – tak przynajmniej uważano – była bardziej moralna i czysta. Jeśli nawet wśród ludu stwierdzano „trypra” (mowa tu o kolejnej wstydliwej chorobie, znanej także rzeżączką), to było powszechnie wiadomo, że jego przyczyną jest niewinne siusianie pod wiatr lub „naprzeciw cerkwi”. Albo… wstrzymywanie oddechu przez kobiety podczas stosunku.

Ale ludowi nawet tryper niestraszny! Zwłaszcza że kuracja też nie taka zła: chory lud wcinał kawony (czyli arbuzy) i popijał je wódką – po to, żeby chorobę przepalić. Towarzyszących schorzeniu wyrzutów skórnych lepiej było jednak nie leczyć… zalecano bowiem wrzucanie rozżarzonych węgli za koszulę. No chyba że kogoś było stać na kurację tłustym jedzeniem, gdyż jak wiadomo, tłuszcz goi rany. Tak czy inaczej choroba przynosiła straty, bo każde naczynie, którego dotykała jej ofiara, należało rozbić.

Mądrzy przed szkodą już wtedy wiedzieli, że „najlepszym środkiem zapobiegawczym przeciwko rzeżączce jest kondon zrobiony z kiszki baraniej, pęcherza rybiego lub jedwabiu”. Ale oni też sporo ryzykowali, ponieważ taka „gumka” „dość często podlega rozerwaniu, dlatego też nie chroni bezwarunkowo od zarażenia się”. Lepiej więc baczyć na psotnego Amorka, w kogo zamierza posłać swe strzały!


Joanna Typek
fot. shutterstock.com


Źródło: Wróżka nr 2/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019