Męki medytacji

Często właśnie to, przed czym się bronimy, okazuje się dla nas najlepsze.

Męki medytacjiDziś już nie pamiętam dokładnie, jak to się stało, że się skusiłam... Uległam modzie na tak zwany rozwój osobisty, a może dotarłam do tego etapu w życiu, w którym zakup nowej kiecki i wizyta u kosmetyczki przestawały wystarczać do poprawy samopoczucia.

Któregoś dnia zadzwoniła znajoma: – Znalazłam świetny kurs medytacji. I to za darmochę! Jedziemy? – No pewnie! Tego mi właśnie potrzeba! Dwa tygodnie wyciszenia, a potem… nowa ja – rozmarzyłam się. Ekscytująca myśl o poznaniu sztuki medytacji, rozjaśniającej umysł, przynoszącej ważne zmiany, nie dawała mi spać. No i wreszcie nadszedł ten dzień...

Był piękny, mroźny poranek. Oślepiające słońce nie ułatwiało jazdy, ale niech tam, przecież mknęłam ku „światłu”. Bez pudła trafiłam do zabitej dechami wioski. Sześć domów na krzyż i stary, zdradzający ślady dawnej urody dworek. Domyśliłam się, że to właśnie w nim przeżyję moją wielką przygodę z medytacją, bo żadna inna chałupa w zasięgu wzroku nie pomieściłaby rzeszy „medytofilów”. W środku kłębił się tłum. Ludzie po kolei podchodzili do stolika, przy którym siedzieli opiekunowie. W krótkiej rozmowie poinformowano mnie, że... muszę złożyć śluby milczenia przez cały pobyt oraz oddać do przechowalni telefon i kluczyki do auta.

– O rany! To jakaś sekta! – przemknęło mi przez myśl. Ale... podpisałam i oddałam co trzeba. Wtedy dopiero rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że wszyscy zachowywali się nieco osobliwie. Jakoś wolno się poruszali, z namaszczeniem przeżuwali z wolna wkładane do ust kęsy. Nikt na nikogo nie patrzył, nikt, mijając się na schodach, nie pozdrawiał uśmiechem. Znajoma zamieszkała w innej części budynku i zachowywała się, jakby mnie nigdy nie widziała, a moja współlokatorka próbowała nie oddychać, byle tylko nie wydać z siebie najmniejszego dźwięku... „Boże, ja tu nie wytrzymam do jutra, istny dom wariatów!”, myślałam z lekkim rozbawieniem i zakłopotaniem. Zasypiając w ciszy i nie tracąc optymizmu, szepnęłam w duchu: – Aaa, nie ma tego złego... Przynajmniej wyśpię się za wszystkie czasy!

reklama

O 4 rano zbudził mnie elektryzujący dźwięk potężnego gongu! Zerwałam się w panice. W pierwszej chwili pomyślałam, że wybuchł pożar, ale koleżanka z pokoju spokojnie wkładała dres. Bez słowa zrobiłam to samo i poszłam za nią do wielkiej sali, której podłoga zasłana była matami i mnóstwem okrutnie twardych, wypełnionych gryką poduszek do medytacji. Rozsiedliśmy się po turecku. Strasznie chciało mi się spać, głowa mi opadała... ale opiekun krążący po sali czuwał, by tacy neofici jak ja nie zasnęli – za każdym razem dotknięciem w ramię przywoływał mnie do porządku.

Gdy w końcu udało mi się wygrać dramatyczną walkę o zachowanie przytomności, na salę wszedł stary Hindus – nauczyciel, odziany w szaty buddyjskiego mnicha. Usiadł na podeście i patrząc z góry, zabawną angielszczyzną poinstruował nas... jak oddychać. Choć wiedziałam, że właściwy oddech jest niezbędną częścią medytacji, oryginalny akcent mistrza nie pozwalał mi się skoncentrować. Co więcej, ogarnęła mnie  niepowstrzymana chęć chichotania. Po paru godzinach jednak przestałam myśleć o jakimkolwiek śmiechu – tyłek bolał mnie okrutnie. A przecież to był dopiero początek – mieliśmy medytować po 16 godzin dziennie!! Myśl o poddaniu się i powrocie do normalnego życia odrzuciłam jednak stanowczo. „Zmiany wymagają ofiar”, powiedziałam sobie.

Po trzech dniach medytowania do perfekcji opanowałam spanie na siedząco z podniesioną głową tak, by nikt się nie zorientował, że ucinam sobie właśnie drzemkę. Próbowałam też, oczywiście, wykonywać wszystkie ćwiczenia i skupiać się na oddechu, ale bez przesady. Przeszkadzało mi głośne sapanie innych medytujących (ha, pewnie też spali), jakieś natchnione pomruki i burczenia dobiegające z budzących się brzuchów. Prawdę mówiąc, choć miałam się wyciszyć, wkurzało mnie po prostu wszystko! Protestowało moje nienawykłe do bezruchu ciało i umysł świeżo upieczonej psycholożki, która przez 5 lat studiów uświadamiała sobie znaczenie i głębię „Ja”, kiedy Hindus każdego świtu powtarzał, że tak naprawdę to mnie nie ma – jest tylko zbiór atomów, umownie nazwanych „mną”. A ja nie mogłam zaprotestować... ani nawet o tym z nikim pogadać, bo wszyscy przecież milczeli jak zaklęci.

Na darmo szukałam choćby porozumiewawczego spojrzenia. Rozglądałam się nerwowo po sali i... nikogo, kto czuje jak ja!? Wszyscy bezkrytycznie wsłuchani w dziecinną gadaninę i zapatrzeni w nauczyciela jak w obraz. – Cholera! Może ja o czymś nie wiem? Może oni wszyscy dostali jakieś prochy, których nie zaproponowali tylko mnie? – myślałam. – Toż to sami porąbani fanatycy. Ratunku! Chcę do domu, do mamy! Czułam się jak pacjent psychiatryka, uwięziony na oddziale zamkniętym z „nieco” bardziej chorymi od siebie. Zmęczona niezmąconą ciszą, zaczęłam wymykać się na poobiednie spacerki, by... pogadać do siebie.

Ale im trudniejsze stawało się bycie sam na sam ze sobą, zaglądanie przez cały czas tylko sobie do wnętrza (bo na zewnątrz nic interesującego się nie działo), tym bardziej byłam zdecydowana przeprowadzić ten eksperyment do końca. I poznać granice własnej wytrzymałości. Ostatni dzień mojego „oświecenia” przywitałam z ogromną radością. Z westchnieniem ulgi odebrałam kluczyki do samochodu, telefon i jak na skrzydłach ruszyłam do domu, wściekła, że dałam się na coś takiego namówić.

Gdy opowiadałam znajomym o mojej przygodzie, wszyscy pukali się w głowę. Ale mnie szybko mijała złość. Zaczęłam ze zdziwieniem zauważać, że jednak coś się we mnie zmieniło... Potrafiłam teraz skoncentrować się bez trudu, łatwiej zatapiałam się w pracy, tak jakby świat wokół mnie nie istniał. Dużo też szybciej czytałam. Nie denerwowałam się już z byle powodu i do wszystkiego podchodziłam z dystansem.

Czułam, że to zasługa ćwiczeń medytacyjnych, poznania stanu głębokiej koncentracji i umiejętności przywołania go. Ale najlepsze było to, że nauczyłam się być dla siebie dobrym kompanem. Przedtem nie lubiłam chwil spędzanych samotnie. Lubowałam się w pogaduchach, spotkaniach z ludźmi, dzieleniu się z nimi sobą. Teraz zaczęłam doceniać własne towarzystwo.


Sylwia Bartczak
fot. shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 4/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube