Czas na szczęście

Czasami strach otrzeźwia jak kubeł zimnej wody. Potrafił sprawić, że zapragnęłam, by życie było warte życia.

Dzień, który mnie zmienił - il. M.BuczyńskaZawodowe życie zaczęłam z wielką pompą. Od razu po liceum dostałam świetną pracę w zagranicznej firmie, z bajecznymi, jak na tamte czasy, zarobkami. Czułam, że los nagrodził mnie za to, że chciało mi się w szkole uczyć, że dzięki własnemu uporowi opanowałam język obcy, że nie w głowie były mi imprezki, ciuchy i chłopaki. Opłacało się – myślałam. Marzyłam o karierze w biznesie, studiowałam, pracowałam i czułam się przygotowana do wyścigu szczurów i walki o tak zwane dobre życie.

A jednak... Po długich sześciu latach roboty, w której ledwo wygrzebywałam się spod stert papierów i codziennych, nudnych spotkań, miałam dość wszechogarniającej rutyny. Gdy codziennie rano wchodziłam do tak dobrze znanego budynku, zbierało mi się na mdłości. Marzyłam o tym, żeby coś się zmieniło, ale z tyłu głowy wciąż tkwiła myśl, że przecież tego właśnie chciałam.

Któregoś jednak dnia tak pokłóciłam się z szefem, że niewiele myśląc, poszłam do kadr i złożyłam wymówienie z prośbą o natychmiastowe zwolnienie z obowiązków. Wysłuchano mnie, a jakże. Już po godzinie z małym pudełkiem osobistych rzeczy wychodziłam z firmy.

reklama


Otrzeźwienie przyszło później. Tego dnia pojechałam odebrać wyniki niedawnych badań. Nowotwór ślinianki! Jechałam tramwajem do domu, a łzy spływały mi po policzkach. Czułam się jak ostatnia idiotka. Rzuciłam pracę, pozbawiając się ubezpieczenia i kasy. A tu jeszcze i to. Guz, którego usunięcie prawie na pewno skończy się częściowym paraliżem twarzy – jak oznajmiła mi pani doktor. Początkowo chciałam zrezygnować z leczenia, by nie wyglądać jak Frankenstein! Przecież miałam dopiero 27 lat i byłam panną na wydaniu. Kto mnie zechce z taką twarzą!? – myślałam przerażona. To już wolę umrzeć na tego raka... Jednak moja kochana mama przekonała mnie, że warto wybrać życie.

Zgłosiłam się więc do szpitala i rozgorączkowana czekałam na operację. Bałam się jak cholera. Mój lekarz nie dawał mi zbytnich nadziei. Mówił, że okręcony nerwem twarzy guz trudno będzie usunąć, że dotąd nie zdarzyło mu się, by z takich operacji pacjenci wychodzili zupełnie bez szwanku dla urody. I żebym lepiej się na to przygotowała.

W dniu operacji, rano, przyszedł do mnie lekarz, którego dotąd nie widziałam. Rozmawiał ze mną długo. Pytał o moje życie, o karierę, o plany. Dziwiło mnie to, ale odpowiadałam, choć strasznie byłam zestresowana. Powiedział, że będzie mnie operował i żebym wyzbyła się złych myśli. Kazałam mu obiecać, że będzie się starał i że – w odróżnieniu od czarnych szwów „na okrętkę”, które widywałam na korytarzach – przynajmniej ładnie zszyje mi ranę. – No dobra, ale tylko dlatego, że młoda jeszcze jesteś. W przeciwnym razie olałbym sprawę – żartował. – Błagam, bo jak się pan nie przyłoży, to się powieszę, jeszcze zanim dostanę wypis – dałam popis czarnego humoru.

Na koniec tej rozmowy doktor powiedział coś, co pamiętam do dziś, choć od tamtego czasu minęło kilkanaście lat. – Przestań tak ciągle gnać, bo to sprzeczne z twoim temperamentem. Życie trzeba smakować. Trzeba marzyć i spełniać marzenia, a nie bez refleksji uganiać się za pieniędzmi i karierą. A teraz przestań się bać! Zestrachane ciało trudniej się operuje. Żeby wszystko się udało, musisz naprawdę uwierzyć, że tak właśnie się stanie!

Gdy pielęgniarka wiozła mnie na blok operacyjny, byłam zadziwiająco spokojna. Nawet ohydne ściany szpitala z rudawą lamperią nagle przestały mnie irytować. Kiedy przebrana w sztywną koszulkę leżałam na stole operacyjnym, zdawało mi się, że wokół jest tylko pustka. Nad głową widziałam jedynie ogromną lampę z jaskrawym światłem. Zanim wstrzyknięto mi „głupiego jasia”, mój doktor nachylił się nade mną i powiedział: – A teraz, dziewczyno, śnij tylko o słońcu! Odpłynęłam. Operacja trwała cztery godziny.

Ocknęłam się na sali, oszołomiona morfiną, z ogromnym opatrunkiem na twarzy. Leżałam tak kilka dni, słysząc w oddali jakieś głosy. Czekałam na mojego doktora, ale nie przychodził. Zaglądały do mnie pielęgniarki, miła, bardzo chora pani z sali obok i mama, która trwała przy mnie chyba bezustannie. A jego nie było. Inni lekarze mówili, że wszystko poszło OK, ale ja chciałam usłyszeć to od niego.

Rana goiła mi się błyskawicznie, a lekko opadająca powieka wracała do formy. Byłam zachwycona szwem, który wykonał MÓJ doktor. Cieniuteńka kreseczka wzdłuż żuchwy była niemal niewidoczna. Myślałam, że jak za kilka lat zacznę potrzebować liftingu, to nie będę odwiedzać klinik piękności, tylko jak w dym zgłoszę się do mojego cudotwórcy. Chciałam mu to powiedzieć. Po sześciu tygodniach zapisałam się do szpitalnej przychodni na kontrolę. Znów przyjął mnie ktoś inny, więc postanowiłam poszukać mojego doktora. I wtedy stało się coś niesamowitego.

Ani w recepcji, ani na oddziale, gdzie leżałam, nikt nigdy nie słyszał o takim lekarzu! – No jak to?! – wrzeszczałam. Przecież mnie operował! Wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę. I nawet trochę się tak czułam, bo gdzieś w głębi serca chyba wiedziałam, że wymyśliłam sobie tego lekarza. Stworzyłam sobie przyjaciela, niczym żyjące w zagrożeniu dziecko. Ale co z tego, że pan doktor był tylko wytworem mojej wyobraźni? Do dziś chowam w pamięci jego dobre oczy, poczucie humoru i słowa, które zmieniły moje życie.

Po powrocie do zdrowia zaczęłam szukać pracy. Miałam dobre CV  i nie narzekałam na brak propozycji. Jednak myśl o powrocie do biura napawała mnie wstrętem. W uszach dźwięczały mi słowa doktora: – Śnij o słońcu i smakuj życie! Co roku jeździłam na wakacje do Włoch. Uwielbiałam to miejsce i właśnie ono najbardziej kojarzyło mi się ze słońcem. Postanowiłam, że zostanę przewodnikiem turystycznym i w ten sposób połączę zarabianie pieniędzy ze spełnianiem marzeń. I udało mi się! Po czterech miesiącach kursu, na który zapisałam się, jak tylko poczułam się zdrowsza, prowadzenia próbnych wycieczek i wyjeżdżania jako opiekun wycieczek do Chorwacji i Macedonii, dostałam propozycję, na którą czekałam: przewodnik po Toskanii. Cieszyłam się jak dziecko. Wprost skakałam ze szczęścia!

Pamiętam to podniecenie, kiedy dotarłam do Livorno. Dostałam mieszkanie zaledwie kilka kroków od morza i służbowy samochód. Do dziś, gdy chcę sobie przypomnieć, jak to jest czuć się szczęśliwą, przywołuję w pamięci widok skaczących po falach promieni słońca i siebie, pędzącej wśród skąpanych w słońcu pól. Smak, jaki miało wtedy życie, będę pamiętać już zawsze. Dziś wiem, że marzenia się spełniają, jeśli się bardzo chce. Albo jeśli się wyśni sobie takiego doktora jak mój.


Sylwia Bartczak
il. Monika Buczyńska 

Źródło: Wróżka nr 5/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020