Bądź gotowy dziś do drogi

Ktoś powie – naiwny starzec, a Hermes wciąż wierzy, że może istnieć świat pełen miłości. I że znów, jak prawdziwy hipis, ruszy w drogę. Bo wolność kocha najbardziej.

Życie bez posiadania jest trudne. Nie wszyscy potrafią w nim wytrwać – mówi HermesTeraz najłatwiej spotkać go w Krakowie. W wiosenną niedzielę drobny mężczyzny z siwymi dredami i długą, siwą brodą przemierza na swojej klaczy, na oklep, kolejne krakowskie ulice. Od strony opactwa benedyktynów w Tyńcu, przez Planty, Bramę Floriańską, dociera do celu, na Rynek Główny. On to Lech Krzewicki, dla przyjaciół Hermes. Klacz to Dumka. Dumna, wierna i uparta. A obok Dumki truchta jej roczny syn. Po prostu – Konik. – Okropny rozrabiaka – kiwa głową Hermes. Ostatnio na wale Wisły, pod samym Wawelem, Konik próbował zachęcić do zabawy w podgryzanie parę japońskich turystów. Uciekali przed ogierkiem tak szybko, że o mało nie pogubili aparatów.

Koniec końców Hermes i konie stają na Rynku. Po co? – Dla samego stania, czasem po grosz na sianko – uśmiecha się Lech Krzewicki. Bo nie chce nazywać tego, co robi, żebraniem. Zresztą ludzie najczęściej podchodzą do niego i rzucają ten grosz bez pytania.

Za końmi, za taborem, za wiatrem

Konie zawsze były dla niego ważne. Hodował je jego dziadek. Pasły się na kwiecistych łąkach, które Lech widział z okien domu w Hucie Józefów na Lubelszczyźnie. To tam przyszedł na świat jako drugi syn miejscowej nauczycielki. Kiedy miał zaledwie kilka lat, pewnego poranka przez wieś przejeżdżał tabor cygański. Mały Lech poszedł za końmi, za taborem, za wiatrem. Dopiero nocą jakiś stary Rom zauważył w lesie jakieś inne, jasnowłose dziecko. Z duszą na ramieniu odprowadził chłopca na komisariat.

reklama

– Taki się urodziłem, z wiatrem we włosach, z tęsknotą za wolnością – śmieje się Lech, zwany Hermesem. Potem z rodzicami, bratem i młodszą siostrą opuścili lubelską wioskę. Tata kończył studia w Krakowie, miał zostać hutnikiem. Zamieszkali w ciasnym, ciemnym mieszkaniu na ostatnim piętrze, ale tuż obok zielonego parku. Uciekał z domu, w którym się dusił, ze szkoły, która go nudziła i przytłaczała, do tych drzew pod byle pretekstem. Park przypominał mu trochę łąkę i las.

Kolejne lata dzieciństwa to kolejne przeprowadzki Krzewickich. Ojca Lecha przenoszono z huty do huty, do Sosnowca, na Opolszczyznę, w Jeleniogórskie. – Dorastałem bez przywiązania do jednego miejsca – mówi Hermes. Ale najbardziej lubił te miejsca, z których najbliżej było do drzew. Zaszywał się wśród nich i zapominał o lekcjach. Od szkolnych lektur wolał książki o Indianach, o prostym i pięknym życiu ludzi, którzy współistnieją z naturą. – O ludziach wolnych, dla których inspiracją był cały świat – dopowiada.

Miał kłopoty w szkole. Męczyło go ślęczenie w ławkach, brakowało mu powietrza. Kiedyś, gdy przyniósł do domu same dwóje, tata obiecał, że jeśli je poprawi, kupi mu konia. Po kilku tygodniach Lech był prymusem. – Ale konia nie dostałem. Tata wykręcił się, że przecież znów pewnie się gdzieś przeniesiemy, że wtedy koń to tylko kłopot – wspomina. Z tego smutku, a trochę i złości uczył się jeszcze gorzej. Po podstawówce wyrzucano go z każdej szkoły, do której trafił. W sumie zaliczył ich trzynaście. Od zawodówki po liceum. Stał się też zawadiaką. – Był we mnie bunt, nawet dla mnie niezrozumiała agresja wobec świata – przyznaje.

Z czego się brała? Może z tęsknoty za wiatrem, który szumiał we włosach, gdy jako maluch pobiegł za romskim taborem. Ale pewnie też z niezgody na to, co widział wokół siebie. Dorastał w szarej rzeczywistości PRL. Wszystko miało być w zgodzie z przyjętą odgórnie normą. Wszyscy mieli z góry zaplanowane i przewidywalne scenariusze na życie. – Szczytem marzeń było mieszkanie w bloku i wakacje w Bułgarii. Niewygórowana, mała stabilizacja – wspomina. – Wolność w takim świecie była jedynie pustym słowem.

Źródło: Wróżka nr 5/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019