Błazen i prorok

Nikt nie potrafi tak rozbawić widzów jak on. Ostatnio jednak Jim Carrey rzadziej nas rozśmiesza, a częściej radzi, jak żyć.

Jim Carrey coraz rzadziej nas rozśmiesza, a częściej radzi, jak żyćJim Carrey dobrze wie, jak wygląda Bóg. Wbrew pozorom Stwórca nie ma ciemnej skóry i nie chadza w białym garniturze, jak postać, z którą Carrey zetknął się na planie filmu „Bruce Wszechmogący”. Kiedy ostatnio widział Boga, ten wyglądał po prostu jak… leżący na boku mężczyzna. Brzmi to jak gag, żywcem wyjęty z którejś ze zwariowanych komedii z udziałem naszego bohatera, ale do niezwykłego spotkania doszło na szczycie świętej góry Indian, a aktor opowiada o tym ze śmiertelnie poważną miną.

Zdarzyło się to raptem kilka tygodni temu. Jim wypoczywał wtedy w spa w Arizonie. Przypadkowo spotkał tam niewidzianego od lat znajomego, który opowiedział mu o Indianach Lakota. Każdego roku plemię udaje się na szamańską wyprawę w poszukiwaniu inspirujących wizji. Jim zapragnął się do nich przyłączyć i udało mu się przekonać do pomysłu wodza plemienia. – Zabrał mnie, bo zobaczył, że mam serce po właściwej stronie – opowiada aktor. A że doroczna wyprawa Lakotów to nie jakiś tam spacerek po zmroku, ale szamańska podróż w zaświaty, musiał się do niej przygotować. Przez cztery dni pościł i rytualnie oczyszczał swoje ciało w saunie. – Piątego dnia – wspomina Jim Carrey – obudzili mnie w środku nocy, zawiązali oczy i wywieźli samochodem w mrok. Kiedy odzyskał wzrok, był już na szczycie świętej góry Indian. Zostawili go tam samego, wewnątrz narysowanego na ziemi koła. Szaman dał mu koc, trochę wody oraz mały nożyk, by mógł się opędzać od – jak to ujął aktor – „pum, grzechotników, skorpionów i czego tam jeszcze”. Osłabiony głodówką Jim widział, jak zewsząd przychodzą do niego duchy i coś szepczą.

reklama

Przerażony nie na żarty, w pewnym momencie głośno wykrzyknął: „Boże, tak się boję. Bądź ze mną!”. – Wtedy łańcuch górski za moimi plecami przyjął kształt leżącego na boku mężczyzny – opowiada aktor. Od razu przestał się bać, a gdy spomiędzy chmur wyjrzał księżyc, zauważył, że gigantyczna postać patrzy na niego i dobrotliwie się uśmiecha. Jim wspominał później, że poczuł się wtedy lekki jak piórko i przepełniony radością. Gdy rano spytał indiańskiego szamana, czy również widział tę wielką ludzką postać, ten stanowczo zaprzeczył.

Na ekranie i poza nim zawsze grał rolę klauna. W jednym z wywiadów powiedział, że wybrał ją dla siebie jeszcze jako dzieciak. Jego matka była ciężko chora, brała mnóstwo leków przeciwbólowych. On przychodził do jej sypialni i wygłupiał się, udając różnych ludzi i zwierzęta, by poprawić jej humor. Wtedy zrozumiał, że prawdą jest to, co powiedział Budda – że cała duchowość pomaga człowiekowi tylko łagodzić cierpienie.

Nie od razu podbił serca widzów na całym świecie. W programie Oprah Winfrey Jim Carrey wspominał, że na początku kariery klepał biedę i pracował jako stróż. W wyjściu z tego pomogła mu kreatywna wizualizacja. – Jeśli ma ona dać efekt, trzeba być skupionym i ciężko pracować. Nie można w trakcie zrobić sobie przerwy na kanapkę – mówił aktor.

On pracował nad sobą, spacerując Mulholland Drive, drogą, z której widać całe Hollywood, i wyobrażał sobie, że jest sławnym aktorem, o którego zabiegają znani reżyserzy. A gdy wreszcie zaczął pojawiać się w telewizyjnych programach komediowych, postanowił podkręcić tempo swojej kariery. – Wypisałem sam sobie czek na 10 milionów dolarów, a datę jego realizacji ustawiłem na Święto Dziękczynienia za trzy lata – opowiada. – Nie chodziło mi o pieniądze. Wypisując czek, afirmowałem wszystko, czego się nauczyłem. Od małego chciałem kręcić najlepsze filmy z najlepszymi reżyserami i aktorami. Gdzie bym dziś był, gdybym wtedy zrezygnował z tych marzeń?

Czek niszczał w portfelu, a mimo starań i drobnej sławy Carreyowi daleko było do wielomilionowych kontraktów. I wtedy, tuż przed upływem terminu „ważności” czeku, dostał rolę w komedii „Głupi i Głupszy”. Zarobił na niej równo 10 milionów dolarów. Potem wypisany przez siebie czek Jim włożył do trumny ojca. Bo jak tłumaczył: „to było nasze wspólne marzenie”.

Zarobiona fortuna nie przyniosła jednak aktorowi szczęścia. Wprawdzie na ekranie był radosnym facetem, ale poza planem cierpiał na depresję. By zmusić się do czegokolwiek, przez długi czas brał Prozac. Przestał zażywać leki, gdy doszedł do wniosku, że jego życie jest „po prostu OK – ani dobre, ani złe”. Ale co to za życie, w którym nic się nie dzieje, nie znajdujesz odpowiedzi na najważniejsze pytania i tylko uśmiechasz się do współpracowników? Jim postanowił to zmienić. Pomogły mu w tym nauki Eckharta Tolle’a, przewodnika duchowego, którego książki 15 lat temu rozchodziły się w nakładach 3 tys. egzemplarzy, a który dziś popularnością może rywalizować tylko z Dalaj Lamą. Źródłem sukcesu Tolle’a jest uniwersalność jego nauk i łatwość, z jaką można je zastosować w życiu.

Cokolwiek zsyła ci los, traktuj to tak, jakbyś sam to wybrał – mówi Tolle. Jego nauki, zebrane w książkach „Potęga teraźniejszości” i „Przebudzenie świadomości sensu życia”, są bliskie buddyzmowi zen. Myśliciel powiada, że szczęśliwy człowiek żyje tu i teraz, nie rozdrapuje przeszłości i nie próbuje zajrzeć w przyszłość. Zdaniem Tolle’a myśli są jak łańcuchy, które ściągają nas ku negatywnym uczuciom i zatruwają nasze życie. Przyczyną złego samopoczucia nigdy nie jest sytuacja, ale sposób, w jaki o niej myślimy. W „Potędze teraźniejszości” napisał: „Nie mogę ci oznajmić żadnej prawdy duchowej, której gdzieś głęboko w sobie wcześniej byś nie znał. Mogę ci jedynie przypomnieć coś, o czym zapomniałeś”.

Pod wpływem książek i spotkań z Tolle’em życie Jima uległo poważnej zmianie. Pewnego ranka obudził się i – jak to ujął – „złapał to”. – Uwolniłem się od samego siebie, byłem wszystkim i każdą osobą, wielki jak sam wszechświat – wspominał. – Potem – śmiał się – straciłem to odczucie i od tej pory próbuję je w sobie odnaleźć. To jak surfowanie na fali: raz jest się na górze, raz na dole, ale teraz przynajmniej wiem, dokąd płynę.

Nie pije kawy, alkoholu i gazowanych napojów. A zamiast słodyczy i pszenicy wcina sałatki z roślin wyhodowanych w przydomowej szklarni albo japońskie sashimi – pokrojone w kostkę lub cieniutkie plastry, mocno przyprawione surowe ryby i owoce morza. Chętnie opowiada też o swej duchowej przemianie i próbuje namówić innych, by poszli tą samą drogą. I tylko czasem dopadają go czarne myśli, czy ludzie nie będą go brali za wariata. Bo przecież przez całe zawodowe życie wariata zgrywał.  


Stanisław Gieżyński
fot. Be&w
 

Źródło: Wróżka nr 5/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020