Facet na niepogodę

Książę z pantofelkiem jest infantylny, królewicz nijaki, a Połaniecki nudny. Czy to możliwe, że potem zapraszamy takich facetów do naszego życia?

Facet na niepogodęMela, Melasia, Melissima, Mel, Melinda – wszystko, tylko nie Melania. Moja mama błysnęła dowcipem, nadając mi to imię. Nie wiem, co wówczas paliła, ale zazdroszczę. Mam sporo lat, lecz się nie zestarzałam, bo jak mówi Zofia Kucówna – „Starość to kwestia wyboru”. Ja jeszcze nie wybrałam. Bywa, że się czuję młodo, bywa, że dźwigam na karku… setlecia, jakbym była Bóg wie jaka mądra. Robię głupstwa, ale w granicach przyzwoitości.

Skończyłam mieszane studia na SGGW. W życiu nie pracowałam w zawodzie zbliżonym do rolnictwa. Ostatecznie z powodów finansowych wylądowałam w zakładzie fryzjerskim mojej przyjaciółki z liceum. Bywa pusto, jak dzisiaj, ale bywa, że nie wiem, gdzie mam przód, a gdzie tył…

Czas jakiś temu siedziałyśmy z Miećką, bo Mieci mamusia też zaszalała, dając na imię Mieczysława. W liceum to ukryła, mówiłyśmy na nią Teresa, częściej Tećka, ale kiedy spotkałyśmy się niedawno, oświadczyła mi, że wróciła do prawdziwego imienia, bo jest jedyną znaną sobie Mieczysławą. Tećka-Miećka – mnie tam wszystko jedno.

reklama

Jej zakład kulał. Ja byłam po awanturze z mężem, gotowa na rozwód, więc wsparłam ją jakimiś marnymi groszami za sprzedany samochód i tak po remoncie nazwałyśmy nasz zakład MM. Dociekliwi pytają, czy to w hołdzie dla Marilyn Monroe, ale odpowiadamy dumne, że w hołdzie dla nas: Mela-nii i Mieczysławy. Co druga osoba bierze to za świetny żart.

Zanim się załogowałam u nas jako fryzjerka kilka miesięcy temu, przeszkoliłam się u znajomego Miećki – Rysia, znakomitego fryzjera starej daty, który nauczył mnie podstaw staroświecczyzny, bo jak mówił, jak opanujesz podstawy, to każdego koguta postawisz – i miał na myśli irokezy.

Była taka środa, listopad, lało jak wściekłe, a my siedziałyśmy w pustym naszym zakładzie i każda coś czytała. Ja przypominałam sobie „Rodzinę Połanieckich”, wziętą z naszej zakładowej półki, a Mietka czytała coś na Onecie. Po remoncie mamy śliczny, stary regał na akcję „Uwolnij książkę”. Klientki stawiają tu wszystko, co kupiły i im się nie spodobało albo zawalało w domu miejsce. Z tego, co tam stoi, wyłowiłam tę Rodzinę państwa P i czytałam leniwie.

Mieczysława pierwsza się odezwała: – A właściwie dlaczego wybrałaś Jacka? Bo tu takie dwie piszą, że wybieramy nie najlepiej, bo nam dziewczęce lektury robią… czekaj, jak one to poetycko ujęły… „różową watolinę z mózgu”. Czyli naczytasz się Kopciuszków i o Ani z Zielonego i już masz tę watolinę – znaczy uważają, że przez takie lektury wybieramy fatalnych facetów.

Zamyśliłam się. Możliwe, że coś sobie roimy za młodu, ale żeby jakaś ruda dziewczynka była odpowiedzialna za to, że wybrałam Jacka…? No nie. – Gdyby tak było – odpowiadam – to po „Kopciuszku” szukałybyśmy debila, który uważa, że mając w ręku czyjś kapeć, znajdzie sobie żonę. A Gilbert wepchnął Anię w ambicje naukowe, to chyba ok., ale jak dla mnie był nazbyt lalusiowaty.
–  A mnie Ania nauczyła, że warto się uczyć i trzeba jakoś te swoje wady przerobić na zalety! – Okrągła Mieczysława uśmiecha się, klepiąc się po biodrach.
– I co, przerobiłaś? – pytam, bo Miecia moja kochana jeszcze jako Teresa była klucha i okrąglaczek. Bywało, że sama o sobie mówiła Pyza. Wyszła za mąż za Filipa z klasy wyżej i są razem do dzisiaj.

Źródło: Wróżka nr 5/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020