Teraz!

Teraz! - opowieści WróżkiPomysł był szalony: pielgrzymka do Santiago de Compostela! Ponad 700 kilometrów z Saint Jean Pied de Port lub z Roncesvalles! Ale można też wędrować o wiele krótszą trasą – z Ferrol, 101 kilometrów. Po co to wszystko?

– Pielgrzym wędruje po spokój i nadzieję – powiedziała Emila.
Jej młodsza siostra Wera przez chwilę się zastanawiała, czy może się pod tym podpisać, ale w końcu się zgodziła. Emila musiała poukładać sobie życie po rozstaniu z narzeczonym. A ona, Wera, właśnie straciła pracę, dla której tyle poświęciła. Obie były więc na aucie. Ale to przecież pozycja, z której grę się wznawia. Ktoś poradził im, żeby wzięły ze sobą kamyki, symbolizujące ich problemy, doniosły do Santiago, do grobu św. Jakuba, najlepiej w dzień jego imienin, to znaczy 25 lipca, i tam je zostawiły. – To chyba jakiś zabobon – skrzywiła się Wera, ale nie zaprotestowała.

Pojechały. Wędrówkę zaczęły w Saint Jean. Po drodze sformowała się grupka pielgrzymów, którzy tak jak one ani się nie spieszyli, ani nie mieli kondycji, żeby bić rekordy. Emila od razu zwróciła uwagę na przystojnego Duńczyka, Antona. Wera z nikim nie rozmawiała, na każdym postoju czytała historię Heloizy i Abelarda, którą wzięła ze sobą. I jak to często bywa, Anton zainteresował się właśnie nią. To znaczy głównie na Werę spoglądał, zwalniał, gdy ona zostawała w tyle, ale odważył się odezwać dopiero w połowie drogi. Trochę mówił po polsku, bo miał babkę Polkę. Emila oczywiście nie przegapiła żadnej okazji, by się do niego zbliżyć. Nie uszło też jej uwadze, że Anton w czasie ostatniego postoju przed Santiago napisał coś na wewnętrznej stronie okładki „Heloizy i Abelarda”.

reklama

Gdy rano ruszali w drogę, Emilia zapakowała książkę siostry… do swojego plecaka. – Nie widziałaś mojej książki? – zapytała Wera po powrocie do kraju. Mieszkały teraz razem, w mieszkaniu, które Wera kupiła na kredyt, zanim straciła pracę. – Może została w hostelu – odpowiedziała Emila. Za nic nie chciała, by znajomość z Antonem zburzyła ich nowe wspólne życie. – Ale nie masz czego żałować, historia Heloizy i Abelarda to romans bez happy endu – zażartowała. – Mogłam dać nasz adres Antonowi… – głośno pomyślała Wera. – A on mógł dać swój tobie – podsumowała rozbawiona Emila.

Wydawało się, że obie zapomniały o całej tej historii, gdy zdarzył się tamten wypadek. Była upalna lipcowa noc. Samochód Emilii z niewiadomych przyczyn zjechał z drogi i uderzył w drzewo. Ledwie uszła z życiem. W szpitalu, obawiając się najgorszego, powiedziała pielęgniarce o ukrytej książce siostry. Prosiła, by Wera jej wybaczyła i odszukała Antona. – W mojej komodzie… – to były jej ostatnie słowa, zanim straciła przytomność. Pielęgniarka opowiedziała Werze o swojej rozmowie z Emilią. Wera przeszukała komodę, ale „Heloizy i Abelarda” nie znalazła…

– Znam podobną historię – przerwałam siedzącej przede mną Teresie, która po raz pierwszy przyszła do mnie po wróżbę.
– To ja ją spisałam i wysłałam do „Wróżki”. Ale zmieniłam imiona bohaterów i inne szczegóły – przyznała.
– Pani jest tą pielęgniarką-pośredniczką między siostrami – upewniłam się.

Historia miała dalszy ciąg. Teresa zainteresowała się losami Heloizy i Abelarda, bohaterów średniowiecznego romansu. Książkę autorstwa Régine Pernoud wypożyczyła w czytelni. Jakież było jej zdumienie, gdy na wewnętrznej stronie okładki znalazła nazwisko… Antona i numer jego telefonu! Pokazała ją Werze. Wera przypomniała sobie, że sporo książek jakiś czas temu oddały z siostrą do antykwariatu.

– I co pani teraz zrobi? – nie wytrzymała Teresa. – Nic – powiedziała ze smutkiem Wera. – Teraz myślę tylko o wyzdrowieniu Emili.

Teresa nie mogła zrozumieć Wery. Ją samą korciło, by zadzwonić do Antona. Ale nie zrobiła tego. Jakiś czas później wymyśliła szczęśliwe zakończenie: przypadkowe spotkanie po latach Wery i Antona, ich ślub, wyzdrowienie Emili w duńskiej klinice i… tę historię jako swoje opowiadanie wysłała do jednego z kobiecych magazynów.

– Tak poznałam Rafała, redaktora w tym piśmie – zakończyła przydługą opowieść.
– A ja mam pani powiedzieć, czy to ten jedyny?
– To wiem – powiedziała. – Ale czy on tak samo myśli o mnie?
– Wygląda na to, że tak, ale… – zawahałam się, patrząc w karty.
– Zawsze jakieś ale – weszła mi w słowo.
– Po pierwsze pani planuje wyjazd z kraju na dłużej. Do pracy – stwierdziłam. – A ten mężczyzna nie jest wolny… Niedawno wrócił do żony. Ale to ona go zostawiła. Inna sprawa, czy mają szansę odbudować związek po tym, jak poznał panią.
– No to co mam robić? Jechać czy zostać? – zapytała.
– To bez znaczenia… – zaczęłam. – Jeśli będziecie razem, to i tak nie teraz.

Zdenerwowała się. Powiedziała, że najbardziej na świecie nie znosi tych dwóch słów: „nie teraz”. I opowiedziała mi o swojej pierwszej wielkiej miłości, która także przyszła do niej w niewłaściwym czasie. Wtedy ona nie mogła kogoś zostawić… Teresa jednak wyjechała do Szwajcarii, gdzie czekała na nią praca w renomowanej klinice. Po dwuletnim kontrakcie wróciła do kraju i napisała opowiadanie o swojej niespełnionej miłości. Nosiło tytuł „Nie teraz”. Jeszcze zanim ukazało się na łamach magazynu, zadzwonił do niej Rafał. Powiedział tylko jedno słowo: TERAZ!

Anna Złotowska
fot. shutterstock.com 

Źródło: Wróżka nr 7/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020