Albo tak, albo odwrotnie

Albo tak, albo odwrotniePola nigdy nie wyjeżdżała na urlop w lipcu czy sierpniu. Lubiła lato w mieście. Po pracy wyludnionymi ulicami niespiesznie wracała do domu.

Na Starym Mieście także kręciło się jakby mniej ludzi. A kościoły były całkiem puste. Panował w nich przyjemny chłód. Pola lubiła przysiąść w tylnym rzędzie ławek, zamknąć oczy i odpłynąć…

Najczęściej zaglądała do św. Anny. Kiedyś myślała, że z Michałem złożą tu sobie małżeńską przysięgę. Ale on odszedł z jej przyjaciółką Leną. – Kiedyś mi wybaczysz – powiedział. Miał rację. Wybaczyła mu niespodziewanie szybko, bo zrozumiała, że ona także już go nie kochała. Ale Lenie nie wybaczyła.

W tamto upalne sierpniowe popołudnie Pola zajrzała do swojego ulubionego kościoła. Gdy wychodziła, podeszła do niej kobieta w powiewnej, kolorowej sukience „od Hindusa”. – Będzie tak, jak zawsze chciałaś – powiedziała, patrząc Poli w oczy. – A co chciałam? – niezbyt uprzejmie zapytała Pola. – Przecież wiesz. Prawdziwej miłości i dziecka. – Koniecznie w takiej kolejności? – próbowała żartować Pola. – Albo tak, albo odwrotnie – powiedziała nieznajoma. I szybko odeszła.

Pola stała na chodniku, nie mogąc pojąć, co to właściwie było. Oto kobieta, którą widziała po raz pierwszy w życiu, wdarła się do jej głowy i wykradła jej największe marzenie! Pola sama lepiej by tego nie ujęła: tak, marzyła o mężczyźnie na całe życie i chciała mieć z nim dziecko.

reklama

Wróciła do domu. Przyszło jej na myśl, że to ktoś z jej dowcipnych przyjaciół, tak dla draki, namówił kobietę w sukience „od Hindusa” do odegrania tej sceny przed kościołem. Kilka godzin później ktoś zapukał do jej drzwi. To był sąsiad. Wyjeżdżał za granicę i chciał u niej zostawić klucze dla swojego znajomego. – Ma na imię Tomasz. Będzie tu mieszkał przez parę dni – wytłumaczył.

Mężczyzna zgłosił się po klucze już następnego dnia. Był opalony, trochę zarośnięty, zmęczony, ale pogodny. Wydał jej się znajomy. Pola słynęła z pamięci do twarzy, ale tym razem miała kłopot z przypomnieniem sobie, gdzie go widziała. Był przystojny i miły, bezpośredni. Stojąc w drzwiach, zaproponował jej kolację. – U mnie za godzinę? Przygotuję coś wyjątkowego – obiecał. Zgodziła się od razu, sama siebie nie poznając.

Przegadali pół nocy. Opowiadał o swojej wyprawie z grupą etnografów do Afryki. Zrewanżowała się kolacją u siebie. Został do rana. Spędzili ze sobą cały tydzień. Miesiąc po jego wyjeździe Pola stwierdziła, że jest w ciąży. Ucieszyła się. Bardzo. Samotne macierzyństwo jej nie przerażało.Gdy było już widać mocno zaokrąglony brzuszek, Pola dostała zaproszenie na ślub Leny. Wahała się, czy pojechać do Wrocławia. Od dawna były daleko, nie tylko geograficznie, ale w końcu się zdecydowała. Prosto z dworca pojechała pod urząd stanu cywilnego. Od razu zobaczyła Tomasza stojącego obok panny młodej. Miał na sobie elegancki garnitur.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że widziała go kilka lat temu na zdjęciach Leny z wakacji. – Kto to? – zapytała Pola. Nie dodała, że chłopak bardzo jej się podoba. – Kumpel jeszcze z podstawówki. Ale stara miłość nie rdzewieje. „Stara miłość trochę zardzewiała” – pomyślała Pola, dotykając swojego brzucha. I poczuła, że dzięki zrządzeniu losu lub przypadkowi wyrównała z Leną stare rachunki. Ale nie chciała teraz spotkać się z Tomaszem. Po co? Niezauważona przez państwo młodych i ich gości wróciła na dworzec.

Po tej „wizji lokalnej” Pola zrozumiała jednak, że tęskni za Tomaszem, że wcześniej wypierała myśli o nim. Teraz było jednak za późno. A może nie? Z tym znakiem zapytania przyszła do mnie. Opowiedziała mi o kobiecie w sukience „od Hindusa” i jej „przepowiedni”.

– Dziecko będę miała, to pewne, a co z obiecaną miłością? – zapytała.
– Miłość to nie zawsze grom z jasnego nieba, który dosięga za pierwszym uderzeniem – powiedziałam, patrząc w karty. – Pani pisany jest inny scenariusz. Mężczyzna, o którym pani myśli, pojawi się w odpowiedniej chwili… I będzie tym na całe życie.
– Mam uwierzyć, że zostawi dla mnie świeżo poślubioną żonę, w dodatku moją dawną przyjaciółkę? – Pola nawet nie próbowała ukrywać, co myśli o mojej wróżbie.
– Najbardziej zaskakujące, niewiarygodne wręcz historie, o jakich słyszałam, zdarzyły się naprawdę. Nie były logiczne, miały luki i zwroty akcji – powiedziałam.
– Albo będzie tak, albo odwrotnie… – skwitowała.

Poród Poli zaczął się w nocy, tydzień przed terminem. Zadzwoniła po pogotowie. Dziecko odebrał… Tomasz! Był ratownikiem medycznym. I zarazem bardzo domyślnym mężczyzną.
– Jak mu damy na imię? – zapytał Polę, gdy odwiedził ją w szpitalu, po swoim dyżurze.
– Kiedy pochwalisz się swojej żonie? – odpowiedziała pytaniem.
– Nie mam żony – zdziwił się.
– Nie kłam! – zdenerwowała się. – Widziałam cię z Leną przed urzędem stanu cywilnego.
– Byłem świadkiem pana młodego, naszego wspólnego kumpla z podstawówki – usłyszała.

Staś miał trzy miesiące, gdy w sierpniowe popołudnie wybrali się z Tomaszem na spacer. Przed kościołem św. Anny Pola zobaczyła nieznajomą (znajomą) kobietę w powiewnej, kolorowej sukience „od Hindusa” z dziewczyną, z której twarzy można było wyczytać, że właśnie usłyszała zdumiewającą i bardzo szczęśliwą „przepowiednię”.

Anna Złotowska 
fot. shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 8/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020