Potomek po szafocie

Potomek po szafocieLudwik od niemowlęctwa przejawiał cechę u dzieci nietypową: cierpliwość. Leżał sobie, patrzył i milczał.

Nawet gdy był zasikany, głodny, odparzony – milczał. Grzecznie i z uporem. Tylko obserwował, wydymając z namysłem dolną wargę. Usługi przyjmował chętnie, choć niczego się nie domagał – zadaniem otoczenia było się domyślać, czego mu brakuje. Zaniedbany, zachowywał obojętność, lecz uważnie pozierał na winowajcę, jakby rejestrował go w pamięci.

Wszystkim podobał się kamienny dystans Wika wobec przeciwności losu. Ale mnie serce kurczyło się z niepokoju, bo przecież niemowlęta są… inne. To tyrani: stawiają siebie i swoje potrzeby ponad wszystko. A mój syn ani myślał być tyranem. I chociaż nie żądał dla siebie prawie niczego, po prostu opływał majestatem. Najpierw bałam się, że to jakiś autyzm czy coś. Ale lekarze wykluczyli, więc on musiał mieć taki charakter. Budziło to wzmożony niepokój, bo był dzieckiem poczętym in vitro...

No dobrze, karty na stół: to było więcej niż in vitro. Mój syn jest klonem. Klonowanie stanowiło dla nas jedyną drogę. W ciemno zgodziliśmy się na wszystko. Udało się nam wynegocjować zaledwie to, że kiedyś dowiemy się więcej o mężczyźnie, który dostarczył materiału genetycznego.

reklama

Na świecie pojawił się zdrowy chłopak. Bardzo inteligentny. A potem rósł, rósł i rósł – taki od razu osobny, wyprostowany jak trzcina, wyniosły – taki swój własny, a dokładnie obcy. Milcząc, wciąż obserwował świat jak przyczajony jastrząb, więc na tle tej samokontroli wyraźnie rysowały się jego niepojęte lęki. Mój synek bał się krajalnicy do chleba i kosiarki. I jeszcze nie tolerował wsi, organicznie. Na przełomie lipca i sierpnia nie mogliśmy więc jeździć do rodziny pomagać przy żniwach. Bo Wik, bez racji, dosłownie nienawidził mojego kuzyna Heńka. Nie było mowy, aby mu pokazać, jak się kosi. Może wieś go brzydziła, gdyż od maleńkości był całkiem z miasta – i zdradzał niezmiernie wyrafinowany gust?

Och, pod tym względem również był wyjątkowy. Ledwo nauczył się mówić, zaczął krytykować meble. I przestał wydymać wargę, dopiero gdy kupiliśmy mu gięte, lekko pozłacane. Był też niezmiernie uważający: wiedział, co się komu należy – ale i zwrotnie wymagał szacunku. Bawił się więc głównie z dziewczynkami oraz mniejszymi dziećmi; rządził tym dworem subtelnie, niemal bez słów. W obecności dorosłych nie peszył się. Szczególnie utkwiła mi w pamięci rozmowa z psychologiem.

– Powiedz, co cię najbardziej interesuje?
Pięciolatek odparł bez namysłu, chłodno: – Władza.
– ?!... Ale jaka?!...
– Absolutna.
– To może polityką się zajmiesz, co?
Wik łagodnie, lecz stanowczo: – Za duże ryzyko osobiste.
–…?!
– Nnno… Proszę popatrzeć, kogo wybrali – mały pokazał na telewizor. – Ten lud jest przecież nieobliczalny.

Było jasne, że także niechęć Wika do podekscytowanych tłumów, przez którą nie można się z nim było wybrać na mecz piłki nożnej, ma głębsze przyczyny. Zaświtało mi, że on ma jakiś cel i dąży do niego.Porzucił zabawę pistoletami i zażądał lalki Barbie.

– Dlaczego nie chcesz się bawić w wojnę?
– Bo to nie ma przyszłości. Tak się nie wygra.

Przebieranie lalusi zawiodło go do znawstwa mody. To wszystko nie cieszyło męża, który zwietrzył gejostwo. Ale mnie instynkt podpowiadał, że to nie to: Wik dowodził dziewczynkami jak mały wódz. Tu chodziło o władzę nad ich dworem, którą umocnił, dyktując im trendy. Było oczywiste, że wyrasta na dyktatora mody. Bezlitosnego! Został gwiazdą, mówiąc do kamery na swoim pierwszym pokazie: – Motłochu na moje ubrania nie będzie stać. Niech kupi sobie Lagerfelda.

Teraz już znacie go wszyscy. Nosicie garnitury z jego firmowym znakiem. I oprawki okularów. I buty. Zaraz zacznie produkować meble: pewnie będą gięte i złocone, grawerowane w lilie; podzielą świat na tych, którzy się liczą, i na szaraki. Nie będzie żadnej rewolucji. Wiem, kim jest mój syn. Dostałam kopertę z laboratorium. „Zgodnie z umową informujemy, że pani syn jest klonem Ludwika XVI. Pochodzi z chusteczki, umaczanej na szafocie w jego krwi i przechowywanej w pewnej francuskiej rodzinie. W załączeniu przesyłamy portret Ludwika XVI, pędzla Antoine’a-Françoise Calleta”.

Jedyna nadzieja, że Ludwik boi się kosiarki oraz kuzyna Heńka. Ten zaś ma na głowie ważniejsze sprawy niż spodnie z brokatu. Przecież idą żniwa. I jak się zastanowić, to tylko to na świecie naprawdę się liczy.

Iwona L. Konieczna
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 8/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020