Szczęście w ciepłych gaciach

Szczęście w ciepłych gaciachCzekałam na śmierć… a zamiast niej do drzwi domu na wzgórzu zapukała miłość.

Mariannę poznałam w pociągu. Czytała książkę, którą miałam zamiar kupić… Nie wiem, dlaczego właśnie mnie opowiedziała swoją niezwykłą historię...

Wcześnie straciłam rodziców. Ojca nie pamiętam wcale, a serce mojej mamy przestało bić, kiedy miałam 12 lat. Przygarnęły mnie jej dwie siostry, którym zastąpiłam nigdy nienarodzone, a upragnione dzieci. To było nie lada wyzwanie. Surowe ciotunie obrzydzały mi życie, stosując niezliczone nakazy i zakazy. Ale byłam pojętnym dzieckiem. Wdzięczna za opiekę i ratunek od bidula, szybko się dostosowałam. I... pokochałam wiejski dom na wzgórzu, z którego tarasu podziwiałam bezkresne łąki, srebrną strugę w oddali i czerwone krowy na pastwiskach.

Dom ciotek różnił się od innych we wsi. Nie hodowało się tu zwierząt, nie obsiewało pól. Obie stare panny żyły z renty, o którą zadbał niegdyś ich bardzo zamożny ojciec. Sprzedawały też zioła z przydomowego zielnika oraz spieniężały XIX-wieczne koronki – rodzinne dziedzictwo, chowane w starym kufrze w salonie.

reklama

Zawsze byłam odludkiem. Nieśmiałym i cichym. Nawet szkoły, do których posłały mnie ciotki, nie wpłynęły na ożywienie mojego życia towarzyskiego. Trzymałam się z dala od imprez i koleżanek, których jedynym zmartwieniem było to, co na siebie włożyć albo jak zawrócić w głowie jakiemuś przystojniakowi. Nudziło mnie to. Zależało mi tylko na nauce i książkach, które uwielbiałam. Z bohaterami tych tomów przeżywałam romanse, uniesienia i niesamowite przygody. To mi wystarczało.

Potem pojechałam studiować polonistykę do stolicy, ale źle się tam czułam. Przytłaczał mnie hałas, wiecznie gdzieś pędzący ludzie. Marzyłam o powrocie na wieś. Tęskniłam za śpiewem ptaków, zielenią traw i zapachem ziół w ogrodzie. A nawet za ciepłymi galotami, które zawsze kazały mi nosić ciotki. – Żebym, ha ha, broń Boże, nie złapała wilka!

Po studiach znalazłam pracę, którą szczęśliwie mogłam wykonywać w domu – pisałam opowiadania do gazet i robiłam korekty różnych publikacji. Do domu na wzgórzu rzadko kto zaglądał. Przychodził do nas facet ze świeżym mlekiem, listonosz, sąsiadki na pogaduchy... Czasem zjawiał się Rysiek spod lasu. Starszy ode mnie o jakieś 12 lat. Nieco zaniedbany i niechlujny, przychodził do ciotek kupować zioła, z których robił domowe lekarstwa i nalewki.

We wsi miał opinię dziwaka, dlatego też i ciotki nie pałały do niego zbytnią sympatią. Ale ja bardzo lubiłam, jak nas odwiedzał. Opowiadał magiczne historie, prawił komplementy, które mimo że mocno naciągane – sprawiały mi mnóstwo radości. Zalecał się do mnie. Rozczulało mnie to i bawiło.

Ciotki wierzyły, że jakimś cudem znajdę sobie kawalera, wyjdę za mąż i urodzę im „wnuki”. Jednak po kilku latach przestały o tym marzyć. Współczuły i sobie, i mnie, że taka brzydka, duży nos i biustu jak na lekarstwo – nic dziwnego, że na horyzoncie nie pojawił się żaden przyzwoity absztyfikant. Uważały, że skoro przed trzydziestką nie znalazł się żaden chętny do ożenku, niewątpliwie podzielę ich los. Sama w to z czasem uwierzyłam i przestałam śnić o miłości i dzieciach.

Miałam 36 lat i spokojne życie. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie wieczny kaszel, zawroty głowy i omdlenia. Ciotki kazały mi iść do lekarza w miasteczku. Miły pan doktor osłuchał, wypytał i skierował na badania, a po kilku tygodniach postawił diagnozę. Mam wadę serca i choroba jest już zaawansowana. Namawiał mnie na szukanie pomocy w Warszawie, bo w przeciwnym razie niedługo już pociągnę. Może pół roku.

Miałam mętlik w głowie, ale postanowiłam milczeć i zdać się na los. Nie chciałam martwić ciotek, a myśl o chorowaniu w obcym miejscu wśród chorób i tragedii napawała mnie przerażeniem.  

Po jakimś czasie zajrzał do nas Rysiek. Pomyślałam, że jemu jednemu, w tajemnicy, opowiem o swojej chorobie. Wzruszył się... Starał się jakoś pocieszyć i przekonywał, bym w takim razie choć przez te ostatnie miesiące pożyła pełną gębą. Z nim! Wyznał mi, że kocha się we mnie i od dawna marzy, bym zamieszkała w domu po lasem.

Początkowo pomyślałam, że chyba oszalał. Ale potem, że… może by się tak odważyć? Spróbować, zanim pożegnam się z tym światem? A, raz kozie... W zasadzie niczym nie ryzykowałam. I tak zostało mi niewiele życia, zaledwie kilka miesięcy, nawet więc jak zrobię coś głupiego, to ludzie szybko mi to zapomną.

Ku oburzeniu ciotek wyprowadziłam się do Ryszarda. Wzięłam kilka bluzek, wełnianych spódnic i nieśmiertelne ciepłe reformy – bo pomyślałam, że pod lasem ciągnie jeszcze bardziej niż na wzgórzu. Dom był zaniedbany. Miał trzy pokoje, kuchnię i piękny kaflowy piec. Od razu zabrałam się do roboty – widać nauki ciotek nie poszły na marne. Nawet nie pomyślałam o moim chorym sercu. Wszystko wysprzątałam, wyszorowałam, w oknach zawiesiłam białe firany, a stół ustroiłam bukietem polnych kwiatów.

Rycho był kochany. Sprawiał, że czułam się przy nim jak księżniczka. Już pierwszego wieczora podszedł do mnie i jednym ruchem uwolnił moje długie włosy z grzecznego koczka. Widziałam zachwyt w jego oczach, gdy kosmyki opadały mi na ramiona. – Piękne – powiedział. – ...i te oczy, eh.

Z ciekawością odkrywałam życie we dwoje, prowadziłam dom i dbałam o swojego mężczyznę, jak tylko mogłam najlepiej. Odkryłam, że Ryszard jest cudownym, ciepłym facetem, który bardzo się o mnie troszczy. Przynosił ze wsi smakołyki, bukiety kolorowych astrów i smażył dla mnie pyszne konfitury. Zupełnie nie mogłam zrozumieć, skąd wzięły się plotki o jego wariactwie. Żyliśmy ze sobą jak mąż z żoną i z każdym dniem coraz bardziej cieszyliśmy się z tego, że jesteśmy razem.

Minęło sześć, siedem, osiem miesięcy, a ja... czułam się doskonale. Zaczęłam się martwić, że powoli stanę się dla niego ciężarem – w końcu miałam żyć najwyżej pół roku! Postanowiłam pojechać do mojego lekarza, i zapytać, co i jak. Ten jednak już tam nie pracował, a nowy, dość opryskliwy facet zbadał mnie, wziął moją kartę, wyniki i długo je oglądał. Potem podniósł głowę i wrzasnął na mnie: – Co mi pani tu opowiada, jakie serce... nie wiem, o czym mowa. Jedyne, co pani dolega, to alergia, stąd omdlenia i kaszel. Poza tym jest pani zdrowa jak koń!

Nie wiedziałam, czy go udusić z wściekłości, czy uściskać ze szczęścia! Wychodząc z ośrodka zdrowia, miałam ochotę krzyczeć, a potem poczułam się strasznie. Miałam wrażenie, że wyszłam na kompletnego głupka i wszystkich oszukałam. No a przede wszystkim Ryśka, który przecież zaprosił mnie do siebie tylko dlatego, że wiedział o zbliżającym się rychłym końcu mojego żywota. Już widziałam siebie, jak z „podkulonym” ogonem wracam pod skrzydła ciotek i już mi głowa puchła od tych plotek we wsi...

Wieczorem opowiedziałam Rychowi o „niefortunnej” pomyłce. – Głupio mi. Jeśli chcesz, to się wyprowadzę – wyszeptałam z duszą na ramieniu. Tylko się roześmiał i powiedział: – Chwała konowałom!! Inaczej nigdy byś na mnie nawet nie popatrzyła, ty moje szczęście w ciepłych gaciach... Przecież ja cię kocham, głuptasie!

spisała Sylwia Bartczak
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 7/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl