Siostry w jodze

Siostry w jodzeNie ma się co przejmować złożonością ludzkiej natury. Od myślenia można zwariować, wpaść w alkoholizm albo skończyć jako wykładowca filozofii na prowincjonalnym uniwersytecie.


Od ducha ważniejsze jest ciało – tak przynajmniej twierdzi moja znajoma, która pewnego dnia, po wyrzuceniu jej z pracy, doznała olśnienia. Ba, była to – tu cytuję dosłownie – „autentyczna iluminacja, oślepiający spazm inspiracji”. Łuski spadły jej z oczu i ujrzała przed sobą prostą drogę.

Pod wpływem tego stanu postanowiła postawić w życiorysie grubą czarną kreskę, odpuścić i nie oskarżać byłego szefa o mobbing (złośliwie i publicznie wypominał jej zły gust i spóźnianie się, jakby nie wiedział, że mieszka pod miastem), nie rozwodzić się z mężem radzącym, żeby w końcu nauczyła się gotować coś, co można zjeść (choć sam ledwo umie parzyć herbatę), ale uwolnić wewnętrzną agresję i wziąć się za samodoskonalenie organizmu za pomocą jogi…

Wierzcie albo nie, ale po paru miesiącach zupełnie przestała narzekać, znalazła nową pracę, schudła, a nawet nauczyła się gotować – co prawda tylko kuchnię makrobiotyczną, która – jak twierdzi jej mąż – polega na mieszaniu ryżu z marchewką – ale on zawsze przesadza.

Pomyślałam, że może i coś w tym jest. Żeby sprawdzić, na czym polega ten rewelacyjny przepis na bezstresowe życie, zapisałam się na obóz jogi. Wzięłam matę, pasek, męża, samochód i wyjechaliśmy nad morze, gdzie – jak przypuszczałam – odrodzę się jak Wenus z morskiej piany. Mąż zapowiedział, żebym go nawet nie próbowała namawiać na ćwiczenia, on będzie czytał, spacerował i towarzyszył mi mentalnie. I to mi musi wystarczyć…

reklama

Na wieczorku zapoznawczym okazało się, że był to typowy model małżeństwa na wakacjach: kobiety na jogę, a faceci na kanapę z widokiem na morze.

Pierwsze zajęcia prowadził z nami młody człowiek o imieniu Radek, osobnik o gumowych stawach, niezwykle świadomy swego ciała i podziwu, jakie budziło wśród rozgrzanych dwudziestolatek. Na bardziej dojrzałe uczestniczki turnusu starał się nie patrzeć – pewno żeby nie zakłócać swojego poczucia harmonii… Co najwyżej przewracał oczami, słysząc nasze sapania i ignorował nieśmiałe prośby o zwolnienie tempa… Starałam się, jak mogłam, ale nazajutrz miałam przykwasy i niektóre asany wychodziły mi jeszcze gorzej. Poprosiłam więc głośno, że może by ćwiczyć nieco wolniej…

Mistrz zerknął na mnie niedbale, płynnym ruchem unosząc się z kobry w świerszcza, i poradził dobrotliwym tonem: – Mamuśka, zagęszczaj ruchy…

Smukłe i apetycznie spocone laski zachichotały, starsze kursantki wybałuszyły oczy… Ja stanęłam w pozycji góry, nabrałam powietrza w płuca i czerwona jak papryka wygłosiłam najspokojniej, jak mogłam: – Gdybym była pana mamuśką, to przede wszystkim nauczyłabym pana dobrych manier. Brak wychowania jest jeszcze gorszy niż zmarszczki, panie gumowy…

Laski rozchichotały się na całego, a jakaś starsza kursantka zaklaskała. Poczułam się jak gówniara-rozrabiara i z wdziękiem zademonstrowałam drzewo, nie próbując nawet – jak do tej pory – wciągać brzucha. Nie będzie mi byle mięśniak ssący pierś matki w rytmie disco polo ubliżał publicznie za moje własne pieniądze…

Po zajęciach mistrz Radek podszedł do mnie z miną, jakby dostał nagle bolesnej menstruacji. Myślałam, że chce przeprosić, ale on mi radził, żebym… zrezygnowała z kursu, bo sobie nie radzę!!!

– Co to, to nie! – wrzasnęłam, zapominając tym razem, że nad agresją należy panować. – Zrezygnować to może pan. To ja za pana usługi zapłaciłam i to pan tu jest po to, żebym się czegoś nauczyła. A jak pan nie potrafi przekazać swojej wiedzy, to znaczy, że się pan nie nadaje na kursy, a do cyrku – tam sobie pan może stawać na głowie i popisywać się przed publicznością. Tu ma mnie pan uczyć, do cholery… Tak, jestem gruba, wkurzona i lepiej ze mną nie zadzierać!!!

W nocy śniło mi się, że morderczym chwytem powalam mistrza Radka na ziemię i duszę, aż jakąś małą dziurką wychodzi z niego ze świstem powietrze. Obudziłam się zlana potem, mąż chrapał mi cichutko prosto w ucho. Ubrałam się i poszłam na długi spacer nad morze.

Musiałam pozbierać się do kupy. Wdychałam jod i łykałam pranę. Wróciłam odmieniona i przygotowana na spotkanie z wyzwaniem. Ale pana Radka nie było. Podobno nagle, z pilnych powodów, musiał na parę dni wyjechać do Warszawy. Zastąpił go chudy i giętki jak trzcina pan Adam, mniej więcej w moim wieku.

I w tym momencie ja też doznałam iluminacji. Zdawałam sobie sprawę, jak beznadziejne są moje przeterminowane wygibasy na macie, straszliwie bolały mnie kolana, ale moje ego triumfowało. I nie bacząc na ryzyko urazu kręgosłupa, wyginałam coraz śmielej ciało. Siostry, wy też możecie to zrobić!!! Młodość nikomu nie jest dana na wieczność, ale ćwiczcie mięśnie i oddech, a osiągnięcie spokój. Czasem jednak warto sobie pokrzyczeć.

PS Jeśli macie ochotę skorzystać z mocy jogi, polecam wydanie specjalne „Wróżki” – „Joga. Proste ćwiczenia dla każdego”.

Teresa Jaskierny
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 9/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019