Ukochany z Paryża

Ukochany z ParyżaAby znaleźć miłość, nie pukaj do każdych drzwi. Gdy przyjdzie twoja godzina, sama wejdzie do twego domu, w twe życie, do twego serca – Bob Dylan.


Kilka lat temu miałam długi i czterdziestkę na karku. Nagle zostałam sama i przyszłość widziałam tylko w ciemnych barwach. Czy mogę się jeszcze zakochać? Znaleźć kogoś na życie? Gdzie? Jak? Czasy, kiedy faceci podrywali mnie na ulicy, dawno miałam za sobą. Dużo czasu spędzałam wtedy z Agatą. Wypłakiwałam się jej w rękaw i to ona obudziła we mnie wiarę, że nigdy nie jest za późno na szczęście. Trzeba tylko wyciągnąć po nie rękę.

Postanowiłam poszukać drugiej połówki w internecie. Zapisałam się na portal randkowy, mhm, wiecie – ten „dla osób z aspiracjami”. I kogo tam spotkałam!? Kilku filozofów, paru zainteresowanych wyłącznie wirtualnym seksem, jeden zupełny jakiś wariat... Cholera jasna! Czy logują się tu jacyś ciekawi faceci!? Po kilku tygodniach poszukiwań miałam dość rozmów o niczym i zaczepek rodem z przedszkola. Aż tu wreszcie... ON!

Jest! Inteligentny, wrażliwy. A do tego jaki przystojny. Ze zdjęcia spoglądał interesujący mężczyzna o pięknych, złotych jak len włosach. Szybko wymieniliśmy się telefonami i poznałam jeszcze jeden jego atut. Miał bajeczny, miękki głos... Gadaliśmy przez dwa miesiące. Codziennie. I – wiem, że to śmieszne – ale się zadurzyłam.

reklama

– Wreszcie znalazłam to, czego szukam – myślałam. Był tylko jeden szkopuł – facet mieszkał w Paryżu. Był architektem. Na szczęście... mój ukochany zaproponował mi randkę pod wieżą Eiffla.
– Jak myślisz? Jechać? – pytałam Agatę.
– Jakby był psychopatą, to chyba już byś się zorientowała – odparła po krótkim namyśle.
– W końcu tyle czasu wisicie na telefonie. Jedź, ale uważaj na siebie! Nie chodź z nim w miejsca, gdzie wokół nie ma ludzi.

W noc przed wyjazdem prawie nie spałam. Czułam, że oto rozpoczynam nowe życie, u boku superfaceta, w romantycznym mieście... Byłam pewna, że w Paryżu czeka na mnie romans wszech czasów.
– Uważaj na siebie – Agata sprowadzała mnie na ziemię. – Od razu daj znać, co i jak.
– Słuchaj – odpowiedziałam – ustalmy specjalny kod. Jeśli wyślę ci esemes z numerem 1 – to znaczy, że to drugi George Clooney i jestem cała szczęśliwa, jeśli z 2 – Clint Eastwood – interesujący i męski, z 3 – Woody Allen – zabawny i jest ok, z 4 – miks Allena i Eastwooda – zabawny i choć trochę za wysoko nosi spodnie, zostaję, no i z 5 – biorę nogi za pas.
– Cha, cha. Dobra – odpowiedziała rozbawiona Agata.

P… jak paryska siurpryza

Cała w skowronkach doleciałam do Paryża. I tu dopadł mnie esemes Agaty: – Znalazłam to „jego” zdjęcie na portalu z fotografiami. Jest podpisane „młody, seksowny mężczyzna”. Nie szukaj takiego na lotnisku!

Gorączkowo rozważałam: uciekać od razu, czy...? Oj, raz kozie śmierć – zostaję! Z duszą na ramieniu wyszłam z lotniska. Nagle zza rogu wyłonił się jakiś gość. Niewysoki, krępy i… bardzo wiekowy. – Ratunku! TO nie może być on! – krzyknęłam w duchu. – Gdzie do cholery mój książę z bajki?!!! Wyjęłam telefon, by napisać do Agaty: gorzej niż 5!!! rezerwuj lot powrotny !!! natychmiast!!!

Oszust poznał mnie od razu, bo ja zamieściłam na portalu swoje prawdziwe zdjęcie!
– Witaj w Paryżu – usłyszałam dobrze mi znany, ciepły głos. – Zapewne Emma? Łukasz.
– Łukasz? A nie Paweł? – zapytałam roztrzęsiona. – Całego siebie zmyśliłeś?! Twarz inna, imię inne...
– Widzę, że jesteś bardzo rozczarowana – odpowiedział niemal szeptem.
– Bardziej niż bardzo – odpaliłam.

Byłam wściekła. Nie podobał mi się ani trochę, choć sprawiał wrażenie miłego. Może dlatego, gdy zaproponował, że pokaże mi chociaż Paryż, zgodziłam się po chwili wahania. Lepsze to niż bezczynne czekanie na najbliższy lot.

– Ten potwór raczej mnie nie zje – myślałam. – A skoro już tu jestem, to przynajmniej zobaczę kilka miejsc, o których zawsze marzyłam. Urocze kafejki, wieża Eiffla, plac Pigalle i sławne Champs-Élysées – po prostu pięknie. Cóż za klimat... Gdy nerwy mi odpuściły, zapytałam Łukasza, dlaczego tak mnie okłamał i naraził na koszty? Czy chciał ze mnie zakpić?

W jednej chwili z miłego starszego pana zamienił się w bestię. Zaczął się wydzierać, wyzywać mnie od najgorszych, popychać... – No, oszalał... W co ja się wpakowałam? Chciałam od razu rzucić się do ucieczki, ale musiałam odzyskać walizkę, którą włożyłam wcześniej do bagażnika jego samochodu. Próbowałam go jakoś uspokoić.

– Nie denerwuj się. Chciałam tylko poznać prawdę. Dziwi mnie, że taki atrakcyjny mężczyzna ukrywa się pod jakimś przypadkowym zdjęciem i imieniem – kłamałam jak z nut. Uważałam go już za ciężkiego wariata i czułam, że trzeba z nim jak z jajkiem. Stawałam na głowie, żeby wymyślić jakiś temat do rozmowy, który pozwoliłby mi spędzić jakoś czas do odlotu – Agata zarezerwowała mi bilet na wieczór – i znów go nie rozjuszyć. Dowiedziałam się, że w Paryżu robi remonty w domach – phi! też mi architekt! – więc o to go zagadnęłam. I... przez trzy bite godziny gadaliśmy o betonie, tynkach i innych „ciekawych” historiach z placu budowy. Odetchnęłam z ulgą, gdy nieco rozochocony rolą eksperta od remontów, bez zbędnego gadania odwiózł mnie na lotnisko i wreszcie oddał bagaż.

Nie znasz dnia ani godziny

– Ale się naromansowałam! – myślałam. – Co ja sobie myślałam? Cholerna desperatka ze mnie! Co mi do łba strzeliło, żeby jechać do obcego miasta do jakiegoś chłopa. Przecież on mógł mnie zamordować!!! No, przynajmniej mam nauczkę na przyszłość – szukałam dobrych stron całej przygody. – Teraz tylko wracać do domu i zapomnieć o wszystkim. Ruszyłam do odprawy. O nie!!! Linie lotnicze też przeciwko mnie?! Lot opóźniony o 5 godzin. Czy ten horror nigdy się nie skończy?! Agatę uspokoiłam esemesem i – pod groźbą tortur – zakazałam KOMUKOLWIEK opowiadać o tym moim wyczynie.

Po kilku godzinach byłam już śmiertelnie znudzona i wycieńczona widokiem tarabaniących się z walizami ludzi i pani z baru, która w tym czasie zaparzyła z 200 kaw. Musiałam wyglądać nietęgo, bo w pewnym momencie jakiś mężczyzna poczęstował mnie maślanym ciachem. Skorzystałam skwapliwie. Od rana nie miałam nic w ustach (mój podstarzały Romeo okazał się też skąpiradłem i chyba chciał mnie wziąć głodem).
– Jestem Mateusz, dzień dobry – zagadał gość z ciastkami.
– Dla kogo dobry, dla tego dobry – wypaliłam.
– Czekasz na lot do Warszawy? Pomyślałem, że może we dwoje będzie nam raźniej…
– Towarzystwa to miałam dziś dosyć…
– Ale co się stało? – nie ustępował.
– Ciekawski jesteś. Ale ok. Opowiem ci. Już nic gorszego mnie spotkać nie może.

I popłynęłam. Opowiedziałam o moim internetowym romansie, wielkich marzeniach i jeszcze większym zawodzie. Mateusz słuchał z uwagą. I wcale się ze mnie nie śmiał. Rozumiał. Przyjrzałam mu się uważniej. – Nie mógł taki czekać na mnie w Paryżu? Wysoki, skronie przyprószone srebrem, błękitne oczy... Boże! Znów patrzę na każdego faceta jak na potencjalnego męża. Cholerna desperatka! – upomniałam siebie.

No i przegadaliśmy te kilka godzinek. Lot też był przyjemny. Usiedliśmy obok siebie. Fajnie się złożyło. Ale po wylądowaniu rozeszliśmy się każde w swoją stronę. Polubiłam go, ale byłam zadowolona, że wygadałam się do woli komuś, kogo już nigdy nie zobaczę.

Po kilku dniach zadzwonił telefon: – Mateusz! – usłyszałam. Jak on u licha zdobył mój numer? Nie wiem do dziś. Mimo że od roku jesteśmy razem. Mateo okazał się cudowny. Zakochałam się w nim po uszy i – co najważniejsze – z wzajemnością!

Sylwia Bartczak
fot. shutterstock  

Źródło: Wróżka nr 10/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020