Niemożliwe nie istnieje

Co widzi w lustrze Olga BorysAktorka Olga Borys pełni rolę współczesnej westalki. Ale ta rola nie polega tylko na dmuchaniu w domowy ogień...               

Lubię komfort i wygodę. Chcę się czuć bezpiecznie i chcę, aby tak czuła się moja rodzina. Dlatego robię wszystko, by nasz dom był miejscem, do którego chętnie wracamy. Musi być przytulnie, miękko, pachnąco. I tak jest! Razem gotujemy, jemy, rozmawiamy. A ja sama nie tylko dmucham w domowy ogień, ale i dbam o własne potrzeby. To zawsze wychodzi domownikom na dobre, bo szczęśliwa mama i żona dzieli się swoim szczęściem.

Rodzina rozumie, że potrzebuję sporo snu, żeby się wyciszyć i zrelaksować, dlatego nikt mnie nie szarpie za ramię, gdy położę się po obiedzie. Nikt także nie robi mi wyrzutów, że często chodzę do fryzjera i kosmetyczki. Kiedy nie mam z kim zostawić córki, biorę ją ze sobą, a ona pakuje blok rysunkowy i kredki. Mama się czesze, dziecko rysuje. Mama maluje paznokcie, córka lepi z plasteliny. W ten sposób się uczy, że kobieta powinna mieć dla siebie czas i o siebie dbać.

Co jakiś czas lubię sprawić sobie nowy zapach. Nie przywiązuję się do jednego, wciąż eksperymentuję. Gdybym sama mogła tworzyć perfumy, spróbowałabym wykreować zapach na bazie kawy i kamfory. Z kolei u mnie w domu zawsze pachnie różami, odkąd przywiozłam z Anglii różane odświeżacze powietrza, balsamy i mgiełki do ciała. Na zimę kupuję aromatyczne świece.

reklama

Staram się zdrowo jeść. Ograniczyłam mięso i gotuję według kuchni pięciu przemian. Stawiam na to, co przynosi sezon. Gdy pora na truskawki, obżeram się nimi do niemożliwości. Gdy urodzaj na śliwki, węgierki kupuję kilogramami. Przy stole zachowuję rozsądek, ale gdy jestem akurat na planie, a catering przywozi coś, za czym nie przepadam, nie marudzę i jem. Przyznaję: jestem też wygodna, bo gdybym chciała restrykcyjnie pilnować diety, musiałabym wstawać o czwartej rano i gotować, żeby zabrać jedzenie ze sobą. Aż tak żelaznego charakteru nie mam.

Czasem wyrzucam z domu męża i córkę, żeby w spokoju poczytać książkę. Lubię klimat skandynawskich kryminałów. Ale ostatnio zafascynowała mnie Anne Rice (autorka m.in. „Godziny czarownic”, „Wywiadu z wampirem”) i jej mroczne opowieści. Kocham czytać ciężkie, opasłe tomy! Uwielbiam też grać na komputerze lub konsoli w gry fantasy, zwłaszcza w te z nowoczesną, zapierającą dech w piersiach grafiką. W takiej grze jestem bohaterką, która rozwija swoje umiejętności i talenty, staje się coraz silniejsza i ratuje świat od niewyobrażalnych zagrożeń ze strony smoków, pradawnych demonów etc.

Jednak bardziej od wirtualnych widoków i zagadek kocham miejsce, które jest w realu: Witostowice na Dolnym Śląsku. Tam mieszkają moi dziadkowie. Dwa stawy, stary cmentarz, kapliczka, zamek. Każda pora roku jest tam piękna. Latem piję z babcią kawę przed domem, jesienią zachwycam się zapachem rżysk i dymów z ognisk unoszących się w chłodnym już powietrzu. Witostowice dały mi siłę do pokonywania życiowych trudności. Gdy mi źle, zawsze mogę tam pojechać i wchłonąć miłość, radość i piękno tego miejsca. A później jest już lepiej.

Niekiedy także, gdy mam wątpliwości, czy sobie z czymś poradzę, biorę do ręki statuetkę zdobytą w show „Gwiazdy tańczą na lodzie”. Program wygrałam, choć wcześniej nigdy nie uprawiałam łyżwiarstwa. To doświadczenie pozwoliło mi uwierzyć, że są w nas ogromne pokłady siły i woli, by zdobywać świat, uczyć się nowych rzeczy i pokonywać trudności. A czasem warto zrobić coś, co wydaje się niemożliwe do zrobienia.

Sonia Ross
fot. AKPA 

Źródło: Wróżka nr 10/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020