Klątwa

KlątwaA w waszym rodzie… będą umierały wszystkie narodzone niemowlęta. Jedno po drugim. Będziecie je odwozili na cmentarz zaraz po urodzeniu. Wasz ród zginie…

Irmina zobaczyła ten portret w niedużym pałacyku na Dolnym Śląsku. Budynek, zdewastowany przez miejscowy PGR, odkupił niedawno za nieduże pieniądze nowy właściciel. Zrobił remont, urządził pokoje gościnne i otworzył dużą stadninę koni. Teraz przyjechała tu grupa rodziców z dziećmi z porażeniem mózgowym. Dzieci miały korzystać z hipoterapii i odpoczywać nad stawem pełnym żab i kaczek. – Czy pani wie – spytała Irminę matka któregoś dziecka – że w salonie wisi pani portret?

Kobieta z portretu miała wystające kości policzkowe, szczupłą twarz, nos z niedużym garbkiem i ogromne fiołkowe oczy, które malowano na portretach ubiegłowiecznych piękności. Takie jak Irmina. Artysta nie musiał nawet dodawać im głębi ani wielkości. Włosy kobiety z portretu były proste, w intensywnie rudym kolorze i skręcone u nasady czoła, jakby w tym miejscu ktoś zrobił sztuczną ondulację. – To nie ja – powiedziała Irma. – Ale właściwie ja – dodała.

Nowy właściciel niczego o portrecie nie wiedział. Kiedy kupił pałacyk, obraz już wisiał na ścianie. – Ale może coś wie dyrektor PGR, który mieszka w pobliskim miasteczku – powiedział. – Ma 101 lat, a mózg wciąż jak brzytwa.

reklama

Dyrektor był pierwszym Polakiem, który wszedł do pałacyku opuszczonego przez właścicieli. Widać, że uciekali w wielkim popłochu. Łóżka w sypialniach nie były posłane, w jadalni w wazie pozostała nietknięta zupa, a w pokoju kawowym w popielniczce dopalony aż do ustnika papieros. Jakby ktoś go zapalił, odłożył i już nie zdążył po raz drugi zaciągnąć się dymem. Zaraz za dyrektorem do budynku wpadli jacyś ludzie, którzy zaczęli wynosić wszystko, co się da. Meble, dywany, obrazy. Opukiwali nawet ściany, pewnie szukali sejfu. Wynieśli wszystko. Do gołej podłogi.

Dopiero w kilka dni potem wysłannik nowych władz zabronił wyrywania okien. „Ma tu być szkoła” – zdecydował. Ale pałacyk na szkołę się nie nadawał. Na dole były duże pokoje, lecz w amfiladzie, a na pięterku tylko niewielkie sypialnie. Za to stojący w pobliżu budynek dla służby miał wszystko, co trzeba. Nawet wielką jadalnię, która mogła być stołówką.

W pałacyku zrobiono więc biura PGR. Poszła w ruch farba olejna, ściany zasłoniła boazeria, skuto ze ścian i sufitów piękne sztukaterie. Nie licowały z powagą urzędu. Odkąd jednak zbudowano nowy biurowiec, pałacyk już tylko niszczał. Dyrektor pamiętał portret. Znaleziono go bez ram, w marnym stanie, na strychu. Był przywalony szmatami, jakby chciano się go pozbyć. Bardzo mu się spodobał. Dał do renowacji i kupił ozdobne ramy. Kogo sportretowano? Nie ma pojęcia. Poradził, żeby pójść do archiwum akt dawnych w mieście. Mogą tam być stare księgi wieczyste. Pamiętał, że ostatni właściciel nazywał się… Coś od lipy…

Portret na etykiecie

Właściciele pałacyku nazywali się Lipnitz. Mieli w pobliskim miasteczku wytwórnię dżemów i soków. Wielki dom obok służył robotnikom, których dowożono do pracy. W czasie wojny fabryka spłonęła do fundamentów, później założono tam miejski park.

Przez rok Irmina szukała właścicieli fabryki w Niemczech. Lipnitzów były setki. Nie pomogło połączenie w internetowej wyszukiwarce nazwiska z dżemami. W końcu dała sobie spokój. Po roku zadzwonił ojciec jednego z dzieci z porażeniem. Znów natknął się na portret Irminy. Na etykiecie butelki wina. Kupił je w Niemczech, na prezent. Sprzedawca powiedział, że wino pochodzi z niewielkiej prywatnej winnicy. Na okrągłej nalepce była twarz kobiety z portretu. Ruda, nos z garbkiem, duże usta, pas loczków nad czołem. Nie ma wątpliwości. To znów ty – powiedział ojciec dziecka. Zapisał nawet adres winnicy. Nie była w Niemczech, ale na południu Francji. Jeśli Irma nadal poszukuje kontaktu z potomkami właścicieli pałacyku, może to być jakiś trop.

Zbliżał się koniec lata. Do rozpoczęcia roku akademickiego pozostało niewiele czasu. Irmina studiowała konserwację w Akademii Sztuk Pięknych. Fascynowało ją przywracanie dawnego blasku starym tkaninom i skórom. O rodzinie wiedziała niewiele. Babka pracowała w PGR. Była ponoć piękna, umarła przy porodzie Helgi, matki Irminy. Jej śmierć lekarze uznali za niezrozumiałą. Poród przebiegał dobrze i fatalny koniec był dla wszystkich zaskoczeniem. Mąż babci po raz drugi się nie ożenił. Zabrał Helgę i natychmiast wyjechał do dalekiego miasta. Wychowywał ją sam. Był i ojcem, i matką. Córkę uwielbiał.

Helga urodziła Irminę już po czterdziestce. Nigdy nie wyszła za mąż, choć była bardzo ładna. Mówiono, że pojawił się w jej życiu żonaty mężczyzna i była to wielka miłość. Irminę urodziła w szpitalu, ale nikt ich tam nie odwiedzał. Nikt też nie odebrał dziewczynki, kiedy Helga umarła kilka dni po porodzie. Lekarze nie potrafili wytłumaczyć przyczyny nagłego zgonu.

Źródło: Wróżka nr 10/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019