Niemoralna propozycja

Policjant nigdy nie salutuje przed aresztowaniem, a jak już mówi po imieniu, to jest w potrzebie.

Niemoralna propozycjaWakacje zaczęły się dla mnie nie najszczęśliwiej. Nie miałam jeszcze urlopu, zaś sąsiad K. jak najbardziej. I postanowił to – jak zwykle – uczcić w szerszym gronie. Zanosiło się na nieprzespaną, gorącą noc. Koło 11 wyszłam zastukać w jego furtkę (o 6 rano miałam odebrać męża z lotniska) i oczywiście było to bez sensu, bo kto by mnie usłyszał w takiej dyskotece. Naiwnie zatkałam więc uszy watą i położyłam się w pokoju z tyłu domu. W końcu poddałam się i o 1 w nocy zadzwoniłam na policję. Uprzejmy i kompetentny posterunkowy szczerze mi współczuł (pora letnia, ludzie się bawią, wie pani, radzę jakoś przeczekać…) i zapewnił, że ekipa „zainterweniuje, gdy tylko upora się z poprzednio zgłoszonymi zakłóceniami porządku”.

Po godzinie nawet psy wyły w całej okolicy, zabawa nabierała rozpędu, a wóz policyjny nadal był gdzieś w drodze. Zadzwoniłam raz jeszcze. Posterunkowy pocieszył mnie, że nie tylko ja nie śpię, ale był bezradny: – Wie pani, na całe miasto i okolicę mamy tylko jedną ekipę, chłopaki robią, co mogą.

Koło drugiej sąsiedzi i ich goście nieco przychrypli, więc usłyszałam, jak z piskiem opon zajechał radiowóz i zabawa nieco przycichła… A po 15 minutach przed moją furtką usiłowało utrzymać pozycję pionową dwóch dżentelmenów w niekompletnej garderobie, gaszących pragnienie piwem prosto z butelek.

reklama

– Nazywam się K. – kulturalnie, acz nieco dramatycznie przedstawił się sąsiad – i chciałem zapytać, dlaczego zakłóca pani spokój moich gości… Chcę panią prosić, byśmy zgodnie żyli po sąsiedzku, a nie żeby mi pani nasyłała policję, kiedy – jak każdy uczciwy i towarzyski człowiek – podejmuję gości? Czy mogłaby pani wyjść, by porozmawiać ze mną o tym szczerze i otwarcie, gdyż zależy mi na dobrosąsiedzkich stosunkach…

Odebrało mi głos, ale tylko na chwilę: – Panowie, jest druga w nocy, ja muszę jutro wstać o 5, mimo że wy się dobrze bawicie…
– No właśnie, sąsiadeczko, już nie te lata, żeby się samemu dobrze bawić, to się innym zabawę psuje… – dorzucił nieznany mi towarzysz pana K.
– Co się pani tak na nas uwzięła? Zazdrości się młodym i tyle – powiedzmy to szczerze.
– Nie jestem taka stara, jak pan myśli i umiem się od pana bawić i lepiej, i ciszej. Możemy o tym porozmawiać jutro, jak pan wytrzeźwieje, a ja wrócę z pracy. Zapraszam o 17! – wrzasnęłam i wyłączyłam wizjer.

Trzeba przyznać, że przy moim płocie pan K. nie obrzucił mnie wyrazami uważanymi za obelżywe, ale już przy swoim w żołnierskich słowach określił dosadnie mój wiek, przypuszczalny, uznany ogólnie za niemoralny zawód i wszystko, co miałby i czego nie miałby ochoty ze mną robić, budząc głośny entuzjazm gości czekających na sprawozdanie z nocnego spotkania na szczycie.

Zabawa trwała w najlepsze do świtu, nawet nie próbowałam dzwonić na policję, bo i tak przyjechaliby najwcześniej po śniadaniu. Zastosowałam za to wizualizację, wyobrażając sobie sąsiada i jego gości, jak przysypiają: – Ciężkie są ich ręce, ciężkie są ich nogi, ciężkie głowy, zasypiają głęboko… – no i niestety zdrzemnęłam się sama.

Zaspałam. Była już 5.30, jak otworzyłam oczy w niezwykłej ciszy. Nieumyta, rozczochrana, włożyłam na siebie byle co, włosy spięłam na czubku głowy, założyłam ciemne okulary i ruszyłam z piskiem opon. Oczywiście na takie właśnie ofiary czekali w nieoznakowanym samochodzie dwaj mężczyźni w mundurach i musiałam zjechać na pobocze i uchylić okno… Wyraźnie dobrze wyspany stróż prawa i porządku zasalutował i nachylił się ku mnie.

– A gdzież to się tak śpieszymy skoro świt? – zapytał uprzejmie. – To kosztuje 10 punktów i 500 zł. Prawko jazdy poproszę.
Tylko jęknęłam: – Jadę po męża na lotnisko, zaspałam – i podałam mu dokument.

Policjant wpatrywał się w moje prawo jazdy ze zdziwieniem, potem we mnie i jeszcze raz w dokument… – To pani prawo? Nie zabrała go pani mamusi? Proszę zdjąć okulary! – usłyszałam na własne uszy. Poczułam, że wracają mi siły. Wypięłam biust i wargi, poprawiłam włosy. – Ależ, panie oficerze, żartuje pan. Oczywiście że moje. Całą noc nie spałam, bo sąsiedzi balowali, a muszę odebrać męża z lotniska, już wylądował… Bardzo pana proszę…

Funkcjonariusz nachylił się jeszcze niżej – No i co ja mam z panią zrobić, pani Teresko? – szepnął mi w dekolt... Nie pytajcie, ile mnie to kosztowało, ale dojechałam na czas, bo gratis dostałam jeszcze informację, gdzie stoją inni mili panowie. W sumie dzień zaczął się koszmarnie, skończył całkiem, całkiem…

Mąż mówi, że policjant nigdy nie salutuje przed aresztowaniem, a jak już mówi po imieniu, to znaczy, że jest w potrzebie… A mój widać potrzebował na dobre okulary.

Teresa Jaskierny
fot. shutterstock

 

Źródło: Wróżka nr 8/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020