Władczyni żelaznej dziewicy

Czy Elżbieta Batory była potworem?...Czy Elżbieta Batory była Hannibalem Lecterem w spódnicy i dla podreperowania urody kąpała się we krwi dziewic? A może w „krwawą legendę" wrobił ją zadłużony kuzyn?


Bezwzględna wampirzyca, ratująca swoją młodość krwią niewinnych dziewic, czy kobieta zbyt niezależna i próbująca żyć bez męskiego ramienia. Kat czy ofiara? Kim byla naprawdę Elżbieta Batory, urodzona pod znakiem Lwa 7 sierpnia 1560 r., siostrzenica naszego króla Stefana?

Nie zamierzamy twierdzić, że była „niewinna jak wonna lilia". Skądże znowu. Była okrutna, próżna i bezwzględna. Parała się czarami, a słowo „litość" było dla niej pustym dźwiękiem. Ale nikt nie miałby jej tego za złe... gdyby była mężczyzną. Facetom wolno było wyżywać się na służących, torturować więźniów, sypiać z kim popadnie czy zgłębiać tajniki okultyzmu. Nawet, jeśli zdarzyło się im sfiksować i pokazać środkowy palec Kościołowi, jak to zrobił Rudolf II Habsburg. Ale kobieta musiała być grzeczna. Inaczej miała przechlapane.

Tyle że bycie grzeczną jest śmiertelnie nudne, wiec hrabina Batory z nudów zamieniała się w potwora.

reklama

Gabinet osobliwości

Było to czymś w rodzaju rodzinnej tradycji. Potężny ród Batorych rzadko pozwalał sobie na małżeństwa z „obcymi" – kuzyni notorycznie poślubiali kuzynki, a wujowie – siostrzenice. Rodzice Elżbiety także mieli wspólnych dziadków. Efektem takiej polityki była cała lista schorzeń, fizycznych i psychicznych, gnębiących kolejne pokolenia rodu. Kogo ominęła epilepsja lub podagra (cierpiał na nią wuj Elżbiety, Stefan Batory, król Polski), ten miał spore szanse na schizofrenię. Nawet w miarę normalni członkowie klanu byli rozpustni, odważni aż do brawury i skłonni do niekontrolowanych wybuchów furii.

Ot, chociażby wujaszek Istvan, notoryczny kłamca i kombinator, któremu myliły się pory roku, jeździł więc saniami po kwitnących ogrodach pałacowych. Albo Gabor, król Transylwanii, kazirodca i okrutnik. Była także ukochana cioteczka Klara (Elżbieta często odwiedzała jej dwór), która ponoć wysłała na tamten świat dwóch pierwszych mężów, a potem otoczyła się haremem kochanków płci obojga; oraz Stefan, jedyny brat Elżbiety – sadystyczny, obłąkany i na szczęście bezpłodny.

Czasy też nie sprzyjały wychowywaniu niewinnych panienek. Karpatami rządziły zabobon i wojna. Lasy wypełniały utopce, strzygi i czarownice, a tureccy najeźdźcy licytowali się w okrucieństwie z bezwzględnymi możnowładcami. Dzieci szybko przyzwyczajały się do tego horroru. Mała Elżbieta była wciąż świadkiem takich zdarzeń, jak np. egzekucji Cygana, którego żywcem zaszyto w końskim brzuchu, czy obcinania nosów i uszu chłopom, którzy śmieli się zbuntować przeciwko jej kuzynowi. Z czasem uznała więc, że takie zachowania to normalka, jedyny słuszny i skuteczny sposób na utrzymanie dyscypliny wśród poddanych. A że od dzieciństwa była niecierpliwa, skłonna do gniewu i miała sadystyczne upodobania – z przyjemnością zabrała się do karania.


Dama zamienia się w potwora


Elżbieta była świetną partią z zastępami wpływowych krewnych, imponującym posagiem oraz znajomością węgierskiego, niemieckiego i łaciny. Na dodatek – bladolica i czarnowłosa – zapowiadała się na prawdziwą piękność. Taki skarb należało jak najszybciej wykorzystać, więc 10-letnią panienkę zaręczono z hrabią Ferencem Nádasdym i odesłano do przyszłej teściowej „na wychowanie". W ten oto sposób Elżbieta po raz pierwszy zaznała nudy.

Teściowa bowiem była niezwykle pobożna i nie pochwalała takich bezeceństw jak uczty, tańce czy bale. Przez pięć lat biedna dziewczyna nie miała nic do roboty poza modlitwą i wysłuchiwaniem dobrych rad starszej pani. Wyżywała się, szczypiąc i gryząc służące, które nie dość szybko wykonywały jej polecenia.

Po ślubie przez chwilę wydawało się, że hrabinę czeka świetlana przyszłość – mąż zabrał ją do Wiednia, gdzie tańczyła u boku samego cesarza. Wszyscy zachwycali się piękną, wykształconą Eżbietą, ustawiły się do niej kolejki adoratorów i pochlebców. A ona miała wreszcie zajęcie. Dbała o najlepszą oprawę dla swojej urody. Zamkowe skrzynie zapełniły się sprowadzanymi z całego świata klejnotami, aksamitami z Wenecji, lyońskimi jedwabiami...

Piękna hrabina była szczęśliwa. I nie miała czasu pielęgnować swoich sadystycznych skłonności. Przedłużony miesiąc miodowy dobiegł jednak końca. Ferenc wrócił do swoich obowiązków – czyli do wojowania z Turkami, a Elżbieta – do ponurego, rodowego zamku na szczycie wzgórza. Od tej pory miała zajmować się zarządzaniem majątkiem i rodzeniem dzieci. Oraz usychaniem z nudów. Zamek stał na uboczu, otoczony gęstym lasem i skałami. Trzeba było zapomnieć o życiu towarzyskim, o tańcach, muzyce, komplementach.

Elżbieta została sama ze służbą i mieszkańcami wioski wyrosłej u stóp zamczyska. Mąż, choć kochający, bywał w domu tak rzadko, że pierwsze dziecko hrabiowskiej pary urodziło się dopiero 10 lat po ślubie. Cóż było robić? Elżbieta zabijała czas, przebierając się po kilka razy dziennie – co parę godzin nowa suknia, nowe uczesanie, nowe klejnoty. Potem długie siedzenie przed lustrem i podziwianie rezultatu. I tak dzień w dzień, przez kilka lat.

Nic dziwnego, że hrabina zrobiła się nerwowa i coraz gwałtowniej reagowała na opieszałość dziewcząt służebnych. Źle upięta kreza albo szarpnięcie podczas czesania – wystarczył drobiazg, żeby wpadła w furię. A skutkiem furii było bicie, drapanie, chłosta kolczastą rózgą, a z czasem i bardziej wyrafinowane kary. 

Źródło: Wróżka nr 11/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020