Kiedy spełnia się cud

Kiedy spełnia się cudW wieczór wigilijny można wpłynąć na swoją przyszłość lub przynajmniej zajrzeć za kurtynę losu.

Magia świątecznych obrzędów powoli odchodzi w przeszłość. Nic w tym dziwnego. Żeby obrzędy były żywe, ludzie muszą wierzyć w ich moc.

Tymczasem zanika wiara, że w święty czas zaciera się granica między światem żywych i umarłych. Że sacrum i profanum przestają być rozdzielone i dlatego zwierzęta mogą mówić ludzkim głosem.

Wciąż jednak jest taki dzień w roku, kiedy cała rodzina zbiera się razem i wszyscy starają się być dla siebie serdeczni. Trochę tak, jakby czas się cofnął, jakby wróciły stare prawdy o wybaczaniu i kochaniu innych. W Boże Narodzenie nie można się obejść bez tradycyjnych zwyczajów. Chociaż powoli odchodzą one w zapomnienie, niektóre jeszcze ciągle można spotkać w naszych rodzinach.

Na uroki i na czarownice

Niegdyś, 13 grudnia, w dzień Świętej Łucji gospodarze szli do lasu, ścinali dorodną osikę, przyciągali do domu i wycinali z niej 12 polan. Każde owijali w szmatkę do cedzenia mleka i codziennie – aż do Wigilii – wbijali w nie gwoździki, a następnie po jednym spalali. To miało zabezpieczyć na cały rok rodzinę i dom z dobytkiem przed złym okiem oraz knowaniami czarownic – swoisty rodzaj dzisiejszych polis ubezpieczeniowych.

reklama

Wigilia od samego świtu była świętym czasem. Jeżeli pierwszym gościem tego dnia był mężczyzna, wróżyło to pomyślność na cały rok. Często więc sąsiadki podsyłały sobie nawzajem mężów, żeby zaczarować dobry los.

Cały dzień upływał w niezwykłej atmosferze. Otóż wiadomo było, że w ten czas do domostw przybywają dusze zmarłych. Ktokolwiek więc przysiadał na chwilę na krzesłach, szeptał przeprosiny. Kto wie, może właśnie na nim przycupnęła przyjazna duszyczka…

Sianko przyciąga dusze

Wieczerzy towarzyszył odpowiedni wystrój izby. Przy oknie wieszano ziele poświęcone 15 sierpnia, w Matki Boskiej Zielnej, by chroniło dom przed złymi mocami. A w czterech kątach izby ustawiano snopki zboża przyozdobione jabłkami i orzechami. Ziarno z nich służyło potem do pierwszego siewu. Na Podgórzu ze słomy robiono chochoła, którego stawiano w kącie izby.

Cały stół wyścielano wysuszoną trawą z grobu bliskich zmarłych. Na takie cmentarne siano kładziono obrus. Chodziło o to, żeby nie utracić kontaktu z przodkami. Święty czas oznaczał bowiem spotkanie świata żywych i umarłych, a kościół niegdyś zakazywał świątecznego ucztowania na grobach bliskich.

Nad stołem wieszano misternie wykonaną ozdobę z gałązek świerkowych i słomy – podłaźniczkę (zwaną też m.in. podłaźnikiem lub jutką). W XIX wieku powoli zastępowała ją choinka, którą przejęliśmy od niemieckich protestantów.

Zanim domownicy zasiedli do stołu, gospodarz wychodził przed dom z garścią jadła. Rzucał je przed siebie i zapraszał na wieczerzę wróbla, wiatr, mróz, a nawet wilka z lasu. Wilka głównie po to, aby już do następnej Wigilii nie zjawiał się nieproszony.

Na Rzeszowszczyźnie do dzisiaj podczas każdej Wigilii najstarsza osoba z rodu stuka w okno i wypowiada formułkę: „Wilczku, wilczku, prosimy cię do pośniczku, nie bywałeś nigdy, nie przychodź i dzisiaj”. Po czym wszyscy nawzajem mierzwią sobie włosy, wykrzykując: „Wij się kapusta, wij się groch!”. Dzisiaj już nie wiemy, co te słowa miały znaczyć. Ale tradycja to tradycja i należy ją przekazywać dzieciom, które mają przy tym dużo radości.

W ten dzień ze wszystkimi należało się pogodzić i wzajemnie wybaczyć sobie winy. Dzień to przecież nadzwyczajny: cała przyroda odczuwa, że Zbawiciel przychodzi na świat. Zwierzęta mówią ludzkim głosem, a woda zmienia się o północy w wino.

Wieczerza wigilijna

Prawdziwie święty czas zapowiadała pierwsza gwiazdka, „betlejemska”. Dzieci niecierpliwie wypatrywały jej na niebie. Na stole czekał cienki chlebek – pieczony w domu opłatek. „Kto opłatkiem się z innymi w Wigilię podzieli, ten przez cały rok będzie mógł dzielić się chlebem”. Jednak nie w całej Polsce zwyczaj ten był znany. Na Pomorzu nikt o nim nie słyszał do XIX wieku, w północno-wschodniej Polsce również nie był powszechny.

A kiedy wszyscy już przełamali się opłatkiem i zmówili modlitwę, można było usiąść za suto zastawionym stołem. Podawano potrawy postne, ale smaczne i w obfitych ilościach. Pod Krakowem na przykład były to: siemieniec (zupa) z pęczakiem, groch, śliwki i gruszki z kaszą, rzepa suszona i gotowana, a także żur z grzybami i kluski z makiem.

Natomiast we dworach wieczerzę rozpoczynały trzy rodzaje zup: migdałowa z rodzynkami, barszcz z uszkami i barszcz z grzybami. Potem na stół wjeżdżały kolejno: karp, szczupak z szafranem, placuszki z makiem i miodem, okonie z siekanymi jajami... Kutia, czyli kasza pszenna lub jęczmienna z makiem i miodem, powszechna była głównie na wschodzie Polski.

Mak to roślina snu i śmierci, ale także płodności i obfitości. Fasola i kasza obecne były podczas każdej świątecznej uczty, a zjedzenie ich przynosiło urodzaj, dostatek i pomyślność w nadchodzącym roku.

Źródło: Wróżka nr 12/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019