Niewidoczny uwodziciel

Właściwie dobrany zapach potrafi zdziałać cuda. Przyciąga do nas właściwych ludzi i niezwykłe zdarzenia. Budzi radość życia, pasję, pewność siebie, romantyzm. Może nawet otworzyć na miłość.

Wiosna. Świeża ziemia, kiełkująca trawa, tulipany sprzedawane na rogu. Budzi się węch. Nos wyraźniej czuje spaliny, kawę, psią kupę, perfumy, korę drzew, zapach deszczu i asfaltu.

Pierwotny, zwierzęcy zmysł prowadzi nas tam, gdzie chce instynkt. Jesteśmy wobec niego bezradni. Nos wciąż wodzi nas za nos, choć cywilizowane społeczeństwa zrobiły wiele, by wyeliminować naturalny zapach człowieka: pod dostatkiem jest mydła, proszków, dezodorantów. A wszystko po to, by oszukać zwierzęcą naturę, zmylić pogoń. Bo to dzięki zapachowi samiec wie, czy ma u samicy szansę. Gdy jest gotowa na kontakt seksualny, uwalnia charakterystyczny zapach. Jeśli nie ma ochoty, nie ma też zapachu. Ale ponieważ dzieje się to bez jej woli, nie ma wpływu na to, kogo wabi; wabiony zaś odbiera to podświadomie. Organizm instynktownie, nosem, wybiera najlepszego genetycznie partnera. Nie łudźmy się, że u ludzi jest inaczej. Gdyby nie cały kosmetyczny arsenał, co i rusz dochodziłoby do obyczajowego skandalu.

Woń strachu i seksu

Oto scenka. Ulicą idzie małżeństwo. Mija ich mężczyzna. Ona go zauważa, seksualnie akceptuje i wysyła zapachowy wabik. On sygnał odbiera i jest gotowy na dalszy krok. Obydwoje instynktownie czują, że są dla siebie stworzeni. Tylko co zrobić z mężem? Problem urósłby, być może, do poziomu rozwodu, gdyby nie... antyperspirant. Tylko że naturze nie da się całkiem zamknąć ust.

Podobno, jeśli tylko kierujemy się intuicją, a nie modą lub trendami, wybieramy dla siebie takie zapachy, które naturalnie wzmacniają naszą naturalną woń. Kultura, intelekt, obyczajowość to tylko przykrywka. Gdybyśmy dali się ponieść zapachowi, tak jak Grenouille, bohater powieści Patricka Süskinda „Pachnidło", całkiem możliwe, że nasza obsesja zaprowadziłaby nas do miejsc, których rozum radzi nam unikać.

– Kiedy dajemy sobie prawo do czucia, uwalnia się nasza zwierzęca natura – mówi psycholog, Jacek Królicki. A my się jej boimy. Niekontrolowanej euforii, seksualności, złości, furii, szaleństwa. To między innymi z tego powodu, tłumimy naturalne zapachy.

Każde z tych uczuć wydziela własną woń. Inaczej pachnie radość, inaczej seks, złość czy strach – przekonuje norweska olfaktolożka, Sissel Tolaas, która przez siedem lat trenowała węch, zbierając molekuły przeróżnych zapachów. „Wywąchać" można wszystko: sąsiada, zmianę pogody, chorobę. Na przykład nowotwór ma charakterystyczną, słodkawą woń. Radość z kolei pachnie jak ozon.

Sissel Tolaas na zlecenie wielu firm komponuje wonie, które mają przyciągać, zachęcać, budzić dobre skojarzenia. Tworzy też zapachowe mapy miast. Chciała bowiem, by zaczęto je postrzegać nie tylko jako zbiór zabytków, ale też przez inne cechy, jak na przykład przez zapach – bez wartościowania na to, co ładne i co brzydkie. Jako mieszkanka Berlina, po kilkumiesięcznej pracy, na wystawie w Nowym Jorku (ale i w polskim Centrum Nauki Kopernik) „dała do powąchania" wszystkim zainteresowanym mapę tego miasta. Każda z dzielnic pachnie inaczej. Te biedniejsze solarium, tanim alkoholem, tytoniem. W bogatszych mieszają się wonie kawy, sushi i kaszmiru.

Od tego czasu Sissel stworzyła już kilkanaście zapachowych portretów, między innymi Paryża, Bombaju, Meksyku i Kansas. Niebawem weźmie się za Warszawę. Ciekawe, co tu wywącha?

Molekuły miłości

– Może dobroć? – zastanawia się Stanisława Missala, twórczyni sieci perfumerii Quality. Missalowie to jedyny polski ród perfumiarski. O zapachach wiedzą wszystko. Szczególnie tych, które nie powstają na zlecenie koncernów, ale najpierw są marzeniem twórcy. Dlatego na półkach w ich perfumeriach są głównie zapachy niszowe, wytwarzane wyłącznie z naturalnych esencji kwiatów, żywic, drzew. Według Stanisławy tylko prawdziwe, głębokie wonie, pozbawione sztuczności i chemii, mogą być duchowymi przewodnikami i kreatorami życia.

reklama


– Właściwie dobrany zapach potrafi zdziałać cuda – przekonuje i pokazuje zamknięte w szlachetnych flakonach perfumiarskie unikaty. – Przyciąga do nas właściwych ludzi i zdarzenia. Budzi radość życia, pasję, pewność siebie, romantyzm. Na przykład molekuły perfum Authent, japońskiej firmy Menard, wpływają na tę część mózgu, która jest odpowiedzialna za kreację, dlatego wspomagają artystów i twórców. Z kolei Kasaneka reguluje kobiecą gospodarkę hormonalną, Taoyaka zaś działa na poziomie serca i otwiera na miłość.

Stanisława wyciąga wszystkie trzy zapachy i po kolei spryskuje nimi moje nadgarstki. Każdy zniewala inaczej. – Z tym ostatnim wiąże się historia pewnej kobiety – opowiada. – Zauważyłam ją, gdy kilka razy stawała przy oknie perfumerii i patrzyła. Ubrana skromnie, smutne oczy. Czułam, że muszę z nią porozmawiać. Kiedyś, gdy znów zajrzała, szybko wybiegłam i zachęciłam, by weszła, że zapraszam na kawę i chwilę rozmowy.

Szybko się otworzyła. Opowiedziała o mężczyźnie, który ją zostawił z małą córeczką. Wyjechał do pracy, do Irlandii i już nie wrócił. Kobieta była przesiąknięta samotnością i zamknięta na miłość. Kiedy spryskałam jej dekolt perfumami Taoyaka, jej ciało się rozluźniło, w oczach pojawił się błysk. Półtora miesiąca później przyszła do perfumerii z nieco misiowatym mężczyzną w okularach. Wpatrzonym w nią jak alchemik w ołów. – Dziękuję! – szepnęła. – To niewiarygodne, ale poznałam go w osiedlowej aptece! Stanisławy to nie zdziwiło. Przecież miłość, zwłaszcza jeśli drogę otworzyła jej Toayaka, może dogonić nas wszędzie, nawet w drodze do magla...

Aromat boskości

Stanisława wypatruje w swoich perfumeriach ludzi, którym może pomóc. Czyta w ich duszach. Sadza na welurowej sofie, częstuje kawą. I przeprowadza autorski test, dzięki zapachowi, który wykreowała wspólnie z rodziną i francuskim nosem, Jeanem-Claudem Astierem. Podsuwa go do powąchania. – Ten zapach to Qessence, zwieńczenie mojego życia – zdradza, wskazując szmaragdowy flakon ze złotym korkiem.

– Zamknęłam w nim aromat boskości. Dwukrotnie przeżyłam śmierć kliniczną i znalazłam się na zielonej łące pełnej białych kwiatów, przesyconej światłem i miłością. Od tamtej pory marzyłam, by przenieść tamten zapach do flakonu, podzielić się nim z innymi. Udało mi się to ponad dwa lata temu. Qessence pokazuje teraz duchową ścieżkę, budzi intuicję, otwiera serce.

                                   *        *        *  
Uwiedź go wodą z kruka


„Wyjmij z gniazda młodego kruka, karm go przez 40 dni jajami gotowanymi na twardo, po czym zabij go, przedestyluj z mirtowymi liśćmi, talkiem i olejkiem migdałowym. Skrop się tą wodą przed spotkaniem z ukochanym, a niechybnie go uwiedziesz i nigdy już o tobie nie zapomni" – obiecuje autor francuskiej szesnastowiecznej książki na temat kosmetyki, zatytułowanej „Sekrety mistrza Alexisa de Piedmontois". Brzmi odrażająco, a jednak... może nie do końca jest takie bzdurne. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, co tak naprawdę podoba się naszemu nosowi.

Kuszący zapach świni

Fachowcy od pachnideł na bazie cząsteczek produkowanych przez... świnie w rui stworzyli perfumy o nazwie Pheromone. Były niegdyś popularne wśród bogatych mieszkanek Manhattanu, mimo bardzo wysokiej ceny – ok. 300 dolarów za uncję. Fakt, że posłużyli się właśnie cząsteczkami świńskimi, stanowił początkowo tajemnicę. Wytwórcy specyfiku obawiali się, że zniechęci to kobiety. Jednak gdy rzecz się wydała, moda na Pheromone zmalała jedynie nieznacznie. Bo... ich aromat rzeczywiście przyciągał panów.

Sonia Ross
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 2/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020