Zgubne skutki czerwonego biustonosza

Chciałam zmienić temat. Ale listy od Czytelniczek przywołały mnie do porządku. Więc... będzie o damskich błędach, czyli jak pięknie umiemy pogrążyć się same.

W każdym związku bywają kryzysy. Normalka. Jeśli ich nie ma – nie ma też niczego między nim i nią. Nie warto się ani starać, ani niczego ratować.

Nie dajcie sobie wmówić, że kryzysy są tylko u was. A inni wiodą życie pełne miłości, pasji i zgody. Bo w rzeczywistości te idealne stadła są bardziej niż wasze podszyte cichymi dniami, zbyt daleko posuniętymi kompromisami i rezygnacją z pełnego spełnienia w parze.

Skoro zgadzacie się z tym, że zakręty są normalnymi koleinami każdego ludzkiego dwupaka, to cytując jeden z listów od was: „Jak, do jasnej cholery, uratować miłość albo przynajmniej małżeństwo?". Dobre pytanie. Umiem na nie odpowiedzieć paradoksalnie – wiem, czego na pewno NIE ROBIĆ, chociaż wszyscy mówią inaczej.

Przedstawiam wam carycę gaf, najczęstszy błąd, jaki robimy, kiedy rzucamy naszemu partnerowi koło ratunkowe. Bo kiedy w związku wieje nudą albo – przeciwnie – wybuchają wulkany i przelatują tornada, nie wolno tego nagle zmienić. Pod wpływem impulsu, czasem terapii lub szoku. To zapowiada zawał, jak wejście w upał do lodowatej wody. Bo skoro nagle nie zaczęło być źle, to nagle nie może być znowu dobrze. Tymczasem w życiu postępujemy inaczej, a najczęściej myślimy, że uratuje nas nagła odmiana, czyli przemiana z Kopciucha w symbol seksu.

To maksi-błąd, król wpadek, który ujawnia wszystkie defekty związku i sam w sobie tworzy sytuację kryzysową. Wyobraźcie sobie małżeństwo pana i pani X. Oboje padają na nos. On pracuje w pracy, ona pracuje w pracy i w domu. Czasem tylko w domu. Ale to praca, z której nawet nie może iść na zwolnienie. On pomagał, ale teraz już mu się nie chce. Mają dzieci, zwykle małe. A jak urosną, to i tak są na zmianę albo głodne, albo brudne, albo jedno i drugie. Czasem są też źle wychowane, bo nikt w domu nie ma czasu i pomysłu, jak wychowywać dobrze.

reklama


I w tym młynie zawsze dochodzi do kryzysu. Albo pan, albo pani X robią skok w bok. Czasem, nawet jeśli tego nie robią, to i tak już ze sobą nie rozmawiają. W sypialni zapada cisza, przerywana tylko chrapaniem. Kwiaty bywają w ich domu tylko na starych firankach. Nikt się nie uśmiecha i nie całuje. I wtedy nagle pani X (bo kobiety są bystrzejsze i odważniejsze) wpada na pomysł, żeby coś zmienić. Przegadała to z koleżankami i już wie: rozbudzi na nowo śpiącego w ich łóżku demona seksu.

Potem jest tak: ona pędzi do sklepu i kupuje krwistoczerwoną bieliznę. Czasem czarną, za to koniecznie koronkową. Pończochy, bo przecież normalnie ich nie nosi (tylko Francuzki są gotowe do takiej niewygody i nie zapadają od nich na zapalenie pęcherza), więc podwiązki muszą go zaskoczyć. (Nie mogę wykluczyć i takiej sytuacji, że to pan X wpada na pomysł rozbudzenia małżonki i inicjuje erotyczne zakupy. Niekoniecznie w sklepie z bielizną, częściej sięga po magiczne wynalazki z krainy rozpusty).

Tak czy owak nadchodzi godzina S (S jak SEX), zatem konfrontacja, czyli przemiana z Kopciucha (nie ma on płci, może być facetem) w dziki symbol seksu. No i teraz najgorsze.

On wraca do domu. Ona już wie, że będzie walczyła O NICH wszelkimi sposobami. I gotowa jest... prawie na wszystko. On niczego się nie spodziewa. Jest zmęczony, w głowie ma coś/kogoś innego. Ziewa, jest głodny i marzy o piwie. Liczy na coś na ząb i może TV dla rozrywki? Nadchodzi późny wieczór. Dzieci wreszcie padły. W sypialni jak zawsze panuje półmrok i zapowiedź nerwowego snu. Ale nie. Bo oto w drzwiach staje SS, Symbol Seksu. Ubrana jest jak nigdy dotąd. Pręży się i niepewnie uśmiecha (niektórzy mówią, że to działa). Ma na sobie seksowne co nieco. Jest zdeterminowana. Da z siebie wszystko. (...)

Wiem, że wiecie, co będzie dalej. Kto tego nie próbował? Może scenariusz był inny, ale gwałtowność przemiany ta sama. Rzut na taśmę, który nigdy się nie udaje. Dlaczego?! Bo nic nie zgasło między wami nagle. Nic się nie wypaliło w 5 minut. To trwało, kiedy oboje byliście ślepi i zmęczeni. Przyszło z pierwszym wyciągniętym dresem do chodzenia „tylko po domu" i z kolejnym wypitym drinkiem, kiedy nie można zasnąć po kiepskim dniu. Budować coś można, ale w tej materii blitzkrieg się nie sprawdza.

Trzeba czasu, umiejętności wybaczania (piszecie, jak ciężko przetrawić zdradę) i polubienia się na nowo. Czerwony biustonosz zadziała, jeśli będzie używany, a nie zdechnie po jednym niepowodzeniu w kącie szafy. No i ostatnie – trzeba do tego dwojga. Do seksu, tanga i trudnego życia. A reszta to już bułka z masłem, jak mawia mój mąż. Zresztą to jedyne danie, które potrafi sam sobie zrobić. I wiecie, zajęło mi trochę czasu, zanim to w nim polubiłam. Bo już nie wierzę w idealne związki. I dlatego po latach poszukiwań mam faceta pełnego niedoróbek, więc nigdy się z nim nie nudzę.

              *          *          *  
Nic tak nie zabija istoty męsko-damskiej, jak nuda.
Piszcie, proszę, bo może jednak inne rzeczy są gorsze?

Jeśli przydarzyła ci się podobna sytuacja, napisz do nas, jak sobie z nią poradziłaś.
Nasz adres: 02-612 Warszawa, ul. Malczewskiego 19 albo Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Źródło: Wróżka nr 4/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020