Szóste przykazanie

Nie znali się. Nigdy wcześniej się nie spotkali. Troje obcych sobie ludzi. Z głowami pochylonymi nad rozciągniętym u ich stóp podłużnym, czarnym, plastikowym workiem, skrywającym zarys ludzkiej sylwetki.

Na moment wszyscy podnieśli pełen niedowierzania wzrok na policjanta. Jakby jego pytanie, czy znali tego człowieka, dopiero za drugim razem do nich dotarło. Wtedy wszyscy troje odpowiedzieli, że nie. Tylko dwoje powiedziało prawdę.

Odwaga

Wsiadł na pierwszej stacji. Ze złością przeczesując palcami jasne, mokre, przerzedzone włosy. Okres ich bujnej świetności minął kilka lat temu. Za wcześnie, cholera, jak na faceta przed czterdziestką, powtarzał często w myślach. Zanim usiadł, strzepnął krople deszczu z garnituru, który ubierał tylko na specjalne okazje. Dziś była jedna z nich. Jechał na rozmowę w sprawie pracy. I jak zwykle nic nie mogło być normalnie. Został bez samochodu, padał obrzydliwy deszcz, a on tak bardzo nie cierpiał metra. I tych wszystkich ludzi, którzy zaraz zaczną wsiadać, rozglądać się za miejscem, bezustannie gadając przez telefon, zagłuszając jego myśli. A wyjątkowo miał nad czym myśleć...

Tylko szlag go trafiał za każdym razem, kiedy cofał się w pamięci o tydzień, do tamtego dnia, kiedy wszystko się sypnęło. No, nie może jednak w tym życiu być normalnie. A babskiej głupoty, braku logiki i instynktu samozachowawczego po prostu nie da się ogarnąć. Przecież to nie koniec świata. Czy on jeden wdał się w romans? Po kiego czorta było brać jego komórkę? Nawet nie przeczytał tego esemesa. Żona zrobiła to pierwsza. Zastanawiał się kilkakrotnie, skąd wiedziała od kogo, skoro nigdy nie zapisał tego numeru. Nigdy też się nie przyznał. Upierał się, że to pomyłka.

reklama


Ale nie, ta druga musiała powiedzieć prawdę. Jak kobieta kobiecie. Nagle jakie przyjaciółki! No nie, tego po prostu nie mógł pojąć. I braku histerii żony. Gdyby chociaż płakała, tłukła talerze, krzyczała. Nic z tych rzeczy. Po prostu wzięła samochód, dzieciaki, zawiozła do matki i powiedziała, że on ma się wyprowadzić. Bo przecież mieszkanie jest jej.

Na to nie był przygotowany. Nie wiedział, co robić. Nie zrobił więc nic przez cały tydzień. Nie pojechał do niej, nie próbował tłumaczyć, przepraszać, nie widział dzieci. Dlatego tak zależało mu na tej pracy za granicą. Wyjedzie na kilka miesięcy, wszystko przycichnie, samo się poukłada i potem znów będzie można żyć normalnie. Tak, był małym, tchórzliwym gnojkiem. Uciekał od konsekwencji, obowiązków, odpowiedzialności, rutyny, dzieci.

Tak jak teraz uciekał wzrokiem od kobiety w czerwonym płaszczu, która wsiadła na poprzedniej stacji. Nie była młoda, ale bardzo atrakcyjna. Z tym nieodgadnionym błyskiem w oczach, jakby z wiadomych tylko jej powodów cały świat leżał u jej stóp. Skoro tak, to niech postoi w metrze. Nie zamierzał ustąpić jej miejsca. Miał to gdzieś. Jak wszystko dobrze pójdzie, po dziewiątej będzie miał nowe życie. Spojrzał więc na zegarek. Dochodziła ósma rano. Przetrzymał to miejsce do ostatniej chwili. Dopiero kiedy pociąg zatrzymał się na jego stacji, zaczął z trudem przeciskać się do wyjścia.

Iluzja

Nie miała wyrzutów sumienia. Ta decyzja dojrzewała powoli. Pośród bezustannych prób ratowania tego, czego po dwudziestu latach małżeństwa najwyraźniej nie dało się już podgrzać. Nie chciała całkiem znienawidzić własnego życia. Wystarczy, że nienawidziła już gazet. Za to, że są bardziej codzienne niż ona. Że wydrukowane w nich słowa są ważniejsze od tych, które mówi ona. Nienawidziła też telewizora. Za to, że przyciągał wzrok bardziej niż jej nowy kolor włosów. Nienawidziła piłki nożnej za to, że na meczach krzyczą głośniej, niż ona płacze. Przyszedł czas, że znienawidziła też komputer. Za to, że był teraz bardziej potrzebny niż jej pomoc przy odrabianiu lekcji.

Dlatego pozwoliła się oswoić. Obcemu mężczyźnie. Powoli, krok po kroku. Kiedy cierpliwie słuchał. Kiedy opowiadał o własnych marzeniach. Kiedy czekał z kwiatami. Kiedy mówił, że ładnie wygląda. Kiedy żartował. Kiedy się do niej uśmiechał. I kiedy sama śmiała się tak, jak dawniej. Szczerze, beztrosko, lekko.

Po kilku miesiącach zdecydowała się pójść dalej. Powiedział, że o 8.15 będzie czekał na stacji metra. Jeśli ona tam nie wysiądzie, zrozumie. Ale chciała wysiąść. Już postanowiła. Wzięła wolne na cały dzień. Nie zamierzała pokazać się w pracy. Nawet niespodziewany, poranny deszcz nie zepsuł jej humoru. Z ogniście rudymi włosami, w czerwonym płaszczu i szpilkach, po raz pierwszy od lat, czuła się barwna, pożądana, wyjątkowa. Stojąc w zatłoczonym wagonie metra, z rozbawieniem łapała ukradkowe spojrzenia siedzącego przy oknie, młodszego od niej, łysiejącego mężczyzny w drogim garniturze. Po prostu czuła się kobietą.

Zatopiona w myślach, nie zauważyła, kiedy pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji. Nawet nie przesunęła się, żeby zrobić przejście wysiadającym ludziom.

Beztroska

Spóźni się. Wiedziała to od momentu, kiedy otworzyła oczy i dotarł do niej dźwięk kropli deszczu, bębniących o parapet sypialni. Wydarzenia ostatniego wieczoru, które po przebudzeniu uwolniły się z zakamarków pamięci, nie dodały jej skrzydeł. W wyraźnych, jak w technice HD, obrazach przeleciały przez jej głowę.

Bezgraniczne zdziwienie w pięknych oczach chłopaka. Zaskoczenie i niedowierzanie, malujące się na jego przystojnej twarzy. Brzęk rozbijającej się, pustej butelki po szampanie, z furią rzuconej o ścianę. Napięte mięśnie jego nagiego, idealnie proporcjonalnego ciała. Nie spodziewała się takiej reakcji. Przecież to nie przedszkole.

Źródło: Wróżka nr 6/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020