Pocałunek w Indiach

Tego mężczyznę dostrzegła w cieniu Świątyni Miłości. Wtedy nie wiedziała, że to spotkanie zapoczątkuje piękne zmiany w jej życiu.

Kiedyś pracowałam w pewnym urzędzie. W wolniejszych chwilach opowiadałyśmy sobie z koleżanką Iloną co ciekawsze wydarzenia ze swojego życia. Któregoś popołudnia usłyszałam niezwykłą historię o tym, jak odnalazła miłość, tę jedyną, taką na zawsze. Romantyczna opowieść zapadła mi głęboko w serce.

Ilona była drobną blondynką z głową pełną marzeń i odważnym sercem. Kiedy więc skończyła 19 lat, spakowała walizkę i wyjechała do Niemiec w poszukiwaniu szczęścia. Szybko się tam zaaklimatyzowała, znalazła pracę w barze i zaczęła intensywną naukę języka. Po dwóch latach znała go na tyle, że przyjęto ją na studia, które ukończyła z wyróżnieniem.

Myślała, że nigdy nie wróci do Polski. Ułożyła tam sobie życie. Zmieniła pracę, poznała Lucasa, którego pokochała. Był towarzyski, opiekuńczy, poukładany. Chcieli założyć rodzinę.

Niestety, po kilku latach, niespodziewanie wszystko się zmieniło. Z dnia na dzień Lucas się od niej wyprowadził. Ponoć zakochał się w innej kobiecie. Zostawił Ilonę, zanim zdołała powiedzieć cokolwiek, zanim zdążyła uronić łzę...

Długo nie mogła się z tego otrząsnąć. Szczęśliwe popołudnia ustąpiły miejsca smutkowi i beznadziei, pełne miłości życie – poczuciu pustki i tragedii. Po kilku miesiącach marazmu i łez postanowiła uciec z miejsca, w którym pękło jej serce. Rzuciła wszystko i wróciła do Polski.

reklama


– Straciłam wiarę w miłość – wspominała Ilona. – W to, że kiedykolwiek jeszcze poczuję się szczęśliwa. Byłam chora z samotności. W odruchu rozsądku pomyślałam, że powrót do Warszawy, do rodzinnego domu zapełni pustkę w moim życiu. Ale w głębi serca nie miałam już nadziei na to, że kiedykolwiek znów kogoś pokocham, że ułożę sobie jeszcze życie.

Po kilku tygodniach w domu i wsparciu mamy postanowiła jednak na nowo poukładać puzzle codzienności. Dzięki biegłej znajomości niemieckiego dostała pracę w urzędzie. Udzielała też prywatnych lekcji i po jakimś czasie stanęła finansowo na nogi. Kupiła sobie malutkie mieszkanie, odnowiła kontakty z dawnymi przyjaciółkami. A przede wszystkim z Zosią, z którą spędzała niemal każdy wieczór.

Złośliwy los

– Zapisałyśmy się razem z Zośką na jogę – opowiadała. – Dzięki tym ćwiczeniom i medytacji odżyłam. Znów zaczęłam się śmiać i jakoś pogodziłam się z życiem. Poznałam świetnych ludzi i... wsiąkłam w to towarzystwo. Spotykaliśmy się w klubach, by razem potańczyć, albo ot tak, pogadać. Zaczarowali mnie opowieściami o kolorowych Indiach, gdzie jeździli, by uczyć się jogi. I ja też zapragnęłam poznać to miejsce. Razem z Zośką wprost zachorowałyśmy na ten wyjazd.

Wiele miesięcy zajęło Ilonie odkładanie pieniędzy na podróż do Indii. Odmawiała sobie wielu przyjemności, nawet jadała skromniej niż zwykle. Ale marzenia o wyprawie rekompensowały jej wyrzeczenia.

– Z Zosią układałyśmy plan wycieczki w najdrobniejszych szczegółach. Najpierw Nepal, dolina Katmandu, Chiwan, Miasto Piękna, czyli Lalitpur i w końcu Agra i Tadż Mahal. Eh, aż kręciło się w głowie z podniecenia! – wspominała. Kupiły bilety, wygodne ubrania, buty i w końcu nadszedł ten dzień. Ilona zjawiła się punktualnie na lotnisku, ale Zośki nie było. Czekała godzinę, chodziła tam i z powrotem, tysiąc razy sprawdzając, czy podjeżdża taksówka z przyjaciółką.

Koleżanka się spóźniała. Wreszcie zadzwoniła: „Nie jadę! Przepraszam. Powaliła mnie ciężka grypa, ledwo żyję, mam 39 stopni gorączki". Myślałam, że pęknę ze złości – relacjonowała Ilona. – Czy taki niefart właśnie mnie musi spotykać? Czy to mnie ktoś ciągle musi zawodzić? Gorączkowo zastanawiałam się, czy jechać samotnie, czy zrezygnować? Włożyłam w tę wyprawę tyle pieniędzy, starań i marzeń... Do odlotu zostało niewiele czasu. Jadę! Jakoś to będzie.

Francuskie S.O.S.

Po wielogodzinnym locie wylądowała w Katmandu. Przerażona. Kupiła mapy, dopytała o różne rzeczy w punkcie informacyjnym i ruszyła na spotkanie z „krajem kontrastów". Po drodze dołączyła do grupy turystów, więc poczuła się raźniej.

W jakimś ulicznym barze podsłuchała rozmowę dwóch Niemców. Wybierali się w góry, by zobaczyć ukryty w nich klasztor. Zapytała, czy może tam iść z nimi. Zgodzili sie bez problemów. Gorzej było z przekonaniem nepalskiego przewodnika. Mówił, że baba i to jeszcze taka wątła nie przejdzie tego szlaku. Ale ona się uparła i poszła z nimi.

– Jednak jak szybko podjęłam decyzję o tej wspinaczce, tak szybko jej pożałowałam – wspominała. – Po kilku kilometrach wędrówki złapała nas burza śnieżna. Tak silna, że nie było nic widać, nawet na krok. Natychmiast straciłam moich towarzyszy z oczu. I co gorsza, w jednej chwili zrobiło się koszmarnie zimno. Czułam, jak lód skuwa moje ciało. Wtedy pomyślałam, że już chyba nadszedł mój koniec, bo nie mam szans wyjścia z tego lodowatego piekła.

Ilona po omacku wczołgała się pod jakąś skałę, głowę otuliła ramionami i trzęsąc się z zimna, zaczęła się głośno modlić. Nie wie, ile czasu tak trwała... Nagle potrząsnęła nią jakaś ręka. Przez głowę przebiegła jej myśl, że to kostucha, że zamarza... Ale po chwili uświadomiła sobie, że ktoś do niej mówi.

Okazało się, że kilku Francuzów schodziło właśnie z gór i usłyszeli jej modlitwy. A więc Bóg usłyszał jej błagania... i wraz z turystami bezpiecznie sprowadził ją na dół. – W bazie dostaliśmy ciepły posiłek i koce – opowiadała. – Pogadałam chwilę z moimi wybawcami, ale tak bardzo chciało mi się spać, że skuliłam się w jakimś kąciku i zasnęłam. Kiedy się obudziłam, schronisko było puste. Wszyscy wyruszyli w dalszą podróż.

Gonić marzenia

Po kilku dniach zwiedzania wylądowała w Delhi. Chciała jeszcze zobaczyć mauzoleum Tadż Mahal, pomnik zbudowany z miłości do przedwcześnie zmarłej kobiety. Szybko odnalazła autobus do Agry i po kilku godzinach zachwycała się widokiem przepięknego grobowca, zwanego poetycko świątynią miłości.

– Nagle mój wzrok przykuł młody mężczyzna. Siedział na ziemi pośród tłumu przemieszczających się tam i z powrotem ludzi. Na kolanach trzymał blok rysunkowy i coś szkicował. Tak mi się spodobał ten niecodzienny widok, że niewiele myśląc, usiadłam przy tym chłopaku!

Jakie było zdziwienie Ilony, kiedy się okazało, że to jeden z Francuzów, którzy kilka dni wcześniej uratowali ją przed zamarznięciem w górach. Uśmiechnęli się do siebie i siedzieli tak, aż François narysował swój Tadż Mahal. Kilka następnych dni spędzili razem. Na rozmowach, włóczęgach i namiętnych pocałunkach.

– To spotkanie uczyniło moje wakacje najwspanialszymi, o jakich mogłam marzyć – mówiła z uniesieniem. Ale przyszedł dzień, w którym trzeba się było rozstać. François musiał wracać do Paryża, Ilona do Warszawy. Mailowali do siebie codziennie przez pół roku. I stawali się sobie coraz bardziej bliscy. I choć Ilona nabrała już pewności, że François jest jej bratnią duszą, za nic w świecie nie chciała się przeprowadzać do Paryża. Dała sobie kiedyś słowo, że nie zostawi znów wszystkiego i nie będzie zaczynać od nowa.

Któregoś późnego wieczora na nogi postawił ją niespodziewany dzwonek do drzwi. W progu stał François. „Nie potrafię już dłużej żyć z dala od Ciebie. Nie chciałaś przyjechać do mnie, to będziesz musiała mnie znosić u siebie" – powiedział, biorąc ją w ramiona.

– Jesteśmy razem od sześciu lat. I niech ktoś mi teraz powie, że nie warto ścigać swoich marzeń – zakończyła z uśmiechem opowieść.

Przypominam sobie jej piękną historię, kiedy dopadają mnie rozczarowania i zawodzą przyjaźnie. Wtedy myślę sobie, że przecież jutro jest kolejny, nowy dzień, który może odmienić całe życie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Sylwia Bartczak
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 7/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020