Płyń, łososiu, płyń

Wakacje. Pamiętam, jak odkrywałam na nowo zostawione przed rokiem skarby. Leśne kryjówki, wartki nurt potoku, skrzypiące wrota stodoły.

Zazwyczaj spędzaliśmy wolny od nauki czas w Gorcach. W małej wiosce tuż pod Turbaczem. Właściwie na jego zboczu. Drewniane budynki na skraju lasu, a w dole zimny, kryształowo czysty i wiecznie spieszący do morza strumień.

Kusił dzieciaki wszystkim. Nawet lodowata woda nie przeszkadzała w kąpieli. No i ryby. Wędki z leszczynowych badyli. Żyłki podkradzione gospodarzowi, spławiki z korka po wódce, a haczyki ze szpilek. Nieszczęsne ryby dawały się skusić na robaka. Ileż było radości, gdy piekliśmy je na rozgrzanych w ognisku kamieniach. Czy ktoś z nas, małych barbarzyńców, zastanawiał się wówczas, kim są? Na pewno nie. Ryba to ryba. Wystarczy trochę posolić
i przypiec na złoto. Niebo w gębie.

Rozgrzeszam dziecięce łowy. O rybach wiedzieliśmy tyle, że żyją w wodzie i są bardzo smaczne. Poza tym tamte ryby nie znały hodowlanych tortur. Raz padały ofiarą drapieżnika, innym razem kończyły na haczyku. Wcześniej wiodły wolne życie.

Dzisiejsze ryby mają się znacznie gorzej. Te wolne giną w sieciach kutrów rybackich, a ich miejsce zastępują hodowlane. To, że są genetycznie modyfikowane, nie zmienia faktu, że czują jak ich naturalne pierwowzory.

Sklepowe półki świecą różem łososiowych ciał. Dawny rarytas stał się tak powszedni jak chleb. Wspaniały pogromca przeciwności losu, wodospadów, skalnych uskoków i podstępnych wirów jest dla nas tylko płatem delikatnego mięsa.

reklama


Wolny łosoś przychodzi na świat w lodowatej wodzie górskiego potoku. Przez pierwsze tygodnie życia nie jest łowcą. Wygląda jak mały robaczek zawieszony pod żółtym balonikiem. To woreczek żółtkowy – spiżarnia larwy łososia. Gdy staje się pusta, minirybka zaczyna polować. Ma dopiero kilka centymetrów długości, ale zażarcie walczy o życie. Łowi wodne owady i wszystkie małe żyjątka.

Po mniej więcej dwóch latach łososie są już całkiem spore. Coś zaczyna je niepokoić. Jakby za ciasno było w rodzinnym potoku. Najpierw pojedynczo, potem w coraz większych grupach wyruszają w świat.

Nurt strumienia staje się coraz szerszy. To już rzeka prowadzi ławicę do morza – celu wyprawy. Jednak nie od razu mogą wpłynąć do słonej wody. Sporo czasu zajmuje łososiom przestawienie się na warunki innego środowiska. Spędzają go w miejscach, gdzie morskie wody mieszają się z rzecznymi. Gdy już poczują się jak morskie wilki, wpływają do raju.

Tak, morza i oceany to dla nich róg obfitości. Tuczą się i z pewnością są szczęśliwe. No, może byłyby, gdyby nie sieci rybackie. Te, które w nie wpadną, używają życia.

Lecz cóż jest ono warte bez miłości? Budzi się w łososiach pradawny zew przedłużenia gatunku. Jedne już po roku, inne po kilku latach wpływają do ujść rzek, którymi kiedyś przybyły do morza. Znów muszą przestawić swój metabolizm na słodkowodny tor.

Ich celem jest miejsce narodzin. Tylko tam mogą dać życie następnemu pokoleniu. Pędzą pod prąd. Pokonują przeszkody nie do pokonania. Padają ofiarą niedźwiedzi i innych drapieżników znających ich zwyczaje, z człowiekiem włącznie.

W czasie wędrówki ich ciała ulegają zasadniczym zmianom. Dotąd srebrne łuski stają się czerwone, czarne, brązowe, a nawet liliowe. Zależnie od gatunku. Samcom rośnie na grzbiecie garb, a szczęki przybierają kształt szczypiec. Nie służą już do jedzenia. Któż myślałby o nim, gdy od rywali do przekazania genów aż się roi.

Wreszcie jest. Strumień kołyska. To tu przyszły na świat. To tu samice złożą ikrę, a samce będą walczyć o jej zapłodnienie. Potem umrą wycieńczone wędrówką. Spokojne o los swojego gatunku. Oczywiście tylko te, które dotrą do domu. Te ze sklepowych półek nigdy nie zaznały smaku przygody i wolności.

Dorota Sumińska
doktor weterynarii,
prowadzi popularne programy o zwierzętach.
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 7/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020