Pomnij, coś mi obiecała

W małym rzymskim hoteliku, nieopodal kościoła Santa Maria Maggiore, bioenergoterapeutka Wanda Ejsmont spotyka mężczyznę w ciemnym garniturze. I obiecuje, że pomoże mu na Sycylii...

Historia, którą tu opisuję, wydarzyła się naprawdę podczas jednego z moich licznych pobytów na Sycylii. Tym razem w drodze do Katanii zatrzymałyśmy się z córką w Rzymie, w romantycznym hoteliku, nieopodal kościoła Santa Maria Maggiore.

Brunet przy łóżku

Wcześnie poszłyśmy spać. Było dobrze po północy, gdy obudziły mnie kroki wokół łóżka. Pod czyimiś stopami trzeszczał piasek na posadzce. Ogarnął mnie strach. Usiadłam i zobaczyłam przed sobą mężczyznę w ciemnym garniturze i jasnej koszuli. Ręce miał ułożone wzdłuż ciała, głowę z gęstymi czarnymi włosami zwieszoną na bok. Jego postać była jakby utkana z mgły.

Odniosłam wrażenie, że coś do mnie mówi. Ale nie, to był strumień myśli, które przepływały przez moją głowę. Poprosił, żebym pomogła mu się uwolnić. Od czego? On się tu powiesił... Zgodziłam się pomóc, ale nazajutrz, na Sycylii. I zjawa natychmiast zniknęła. A ja – chociaż miałam już do czynienia z energiami nieżyjących i urządzałam seanse spirytystyczne – do rana nie mogłam zasnąć. To było zupełnie coś innego.

Przy śniadaniu opowiedziałam córce o nocnej wizycie. Stwierdziła rzeczowo, że pewnie wszystko mi się przyśniło. Zapomniałam o przyrzeczeniu, które dałam duchowi. A konsekwencje tego wkrótce dały o sobie znać.

Katania witała nas dymiącą Etną. Zamieszkałyśmy przy Via Castei w kamienicy z XVI wieku, w 400-metrowym apartamencie należącym od wieków do rodziny baronów Scammacca. Zapadła noc. Zostałam sama. Córkę „przejęła" Simona – piękna pół-Polka, pół-Włoszka, aby pokazać jej Sycylię. Jak zwykle przed snem zaczęłam czytać. Lampka nocna oświetlała tekst, pogrążając w ciemności wszystko wokół.

Powrót ducha

Wchodziłam w świat bohaterów powieści, kiedy nagle rozbłysło światło w oddzielonym od sypialni wielkim salonie. Potężny żyrandol rozjarzył się tysiącem kryształów. Z lekka wystraszona wstałam z łóżka, zgasiłam światło i zamknęłam drzwi. Zabrałam się znów do czytania. Nagle drzwi otworzyły się, pokazując czarną czeluść wnętrza. O przeciągach nie mogło być mowy. Była gorąca lipcowa noc.

reklama


Powietrze stało. Ciarki przeszły mi po plecach. Sięgnęłam do włącznika i jasność zalała pokój. Ze strachem popatrzyłam na drzwi od korytarzyków, przez które można było przemykać się niepostrzeżenie do wszystkich położonych w amfiladzie sal, omijając wielkie dwuskrzydłowe drzwi. Już podczas poprzednich wizyt te korytarzyki budziły mój niepokój.

Zamknęłam drzwi do salonu i zablokowałam je ciężkim fotelem. Poszłam do kuchni, włączyłam radio. Miałem nadzieję, że zagłuszę strach. Po dwóch godzinach wróciłam do łóżka. Postanowiłam przy zapalonym świetle dotrwać do rana.

Nagle od strony salonu dobiegł mnie rumor przesuwanego fotela. Jakaś siła próbowała otworzyć drzwi. Wyskoczyłam z łóżka, łapiąc po drodze ubranie i torebkę. Resztę nocy przesiedziałam na balkonie. Następne noce były już spokojne. Aż do wieczoru, kiedy bardzo późno wróciłam do domu po spektaklu w Teatro Bellini.

Czas spełnić obietnicę

Zasnęłam w chłodnej pościeli... Stopniowo zaczęło dochodzić do mnie uporczywe pukanie. Podniosłam się, przekonana, że to córka wraca. Powiedziałam: „Wejdź". Odpowiedziała mi cisza. Drzwi ani drgnęły. Momentalnie się rozbudziłam. Spojrzałam uważniej i zobaczyłam za porowatym szkłem lekko rozświetloną postać.

Uchyliłam drzwi. Zobaczyłam coś, co wyglądało, jak kłęby dymu, pary czy obłok. To coś sunęło w kierunku salonu i tam zniknęło. Zadzwoniłam do zaprzyjaźnionej Polki. Nie miałam już siły znosić gości nie z tego świata. Krystyna usłyszała przerażenie w moim głosie. Po 20 minutach byłyśmy już w drodze do jej domu. Opowiedziałam o wizytach ducha.

Późnym rankiem wróciły dziewczyny. Rzuciłam do Kaśki: – Czy wiesz, że na Via Castei straszy? – A pomogłaś temu Włochowi z hotelu w Rzymie? Obiecałaś! – zażartowała.

No tak, nie dotrzymałam słowa. Ustaliłyśmy, że tego dnia zrobię to, co dawno powinnam, czyli seans spirytystyczny. O zmroku usiadłyśmy przy małym stoliku z płonącą świecą. Rozmowy prowadziłyśmy szeptem, ustalając kolejność pytań do gościa z zaświatów. Napięcie rosło. Prowadzącą byłam ja, moja córka notowała przebieg „rozmowy". Papierowa plansza z literami i cyframi w kręgu jaśniała na blacie. W środku pola czekała mała muszelka morska, łącznik między zmarłymi a żywymi.

Na świetlistym szlaku

Chwila koncentracji... Moja dłoń spoczęła na muszelce. Zadałam pytania: „Czy jest tu ktoś, kto chce z nami porozmawiać? Jak się nazywa i kiedy żył?". Zaległa cisza. Przez moją dłoń przeszła delikatna wibracja, a pod palcami ożyła muszelka. Dążyła do poszczególnych liter tworzących wyrazy. Dotarł do nas przekaz od człowieka, który żył zaledwie 35 lat na początku XIX wieku.

Nazywał się Vito Benelli. Był świetnie zapowiadającym się przemysłowcem. Los zagrał z nim okrutnie. Na pokładzie transatlantyku podróżowały jego żona i siedmioletnia córka. Tragiczna informacja o jego zatonięciu dotarła do Vita w chwili, gdy właśnie ruszyła linia produkcyjna w jego nowo powstałej fabryce i wszystko w życiu znakomicie się układało. Ale zginęły dwie najważniejsze dla niego istoty.

Do domu nie chciał wracać. Wszedł do starej bazyliki Santa Maria Maggiore, aby w ciszy porozmawiać z Bogiem. A potem poszedł do małego hoteliku. Wynajął pokój i zamknął się w nim. Nie chciał już żyć. Pragnął zobaczyć żonę i córkę, choćby po drugiej stronie. Powiesił się.

W tym czasie świat obiegała fala informacji i dezinformacji o katastrofie tego statku. Na liście szczęśliwie uratowanych znalazły się Maria Benelli i jej córka Giovanna.

Vito wyznał, że choć dzisiaj są po tej samej stronie co on, to ich dusze nie mogą się spotkać. Jego dusza musiała trwać w miejscu śmierci tak długo, aż pojawi się ktoś, kto potrafi odebrać obecność jego ducha i pomóc mu w przejściu w inny wymiar.

Pięć kobiet z ogromnym współczuciem skierowało swe myśl do Vita Benellego z intencjami, aby jego duch wzniósł się do krainy, gdzie czekają żona i córka. Świeca na stoliku rozbłysła nagle intensywnym płomieniem, jakby wspierała nasze pragnienia i wyznaczała świetlisty szlak w górę, ku spokojowi jego duszy.

W milczeniu, z poczuciem spełnienia dobrego uczynku, rozeszłyśmy się do domów. Ilekroć jestem na Via Castei, wspominam Vita Benellego, paląc dla niego i rodziny świeczkę.

PS Sprawdziliśmy w sycylijskich archiwach. Historia Vita wydarzyła się naprawdę.

Wanda Ejsmont
il. Edyta Banach-Rudzik
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 7/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020